piątek, 26 sierpnia 2016

Rozdział 1

Aktualnie.
Przebudzony przez pełnię księżyca, która oświetlała moją alkowę, podniosłem się i usiadłem na łożu. Przeczesałem swoje czarne włosy i przetarłem zaspane oczy. Zostawiłem za sobą resztki snu i gotów do następnego dnia, wstałem z ogromnego posłania. Od razu udałem się w kierunku łazienki, gdzie nalałem wodę z porcelanowego dzbana do marmurowej misy, szybko przemyłem twarz, a później wytarłem ją miękkim ręcznikiem. Nałożyłem na brodę odrobinę pianki do golenia, następnie wyciągnąwszy brzytwę, zacząłem się golić z kilkudniowego zarostu, który zrobił się dla mnie już męczący. Zresztą, przebywając na dworze należy wyglądać elegancko i z klasą, a nie jak zwykły plebs. Chociaż, swoją postawą i wyglądem nie reprezentowałem ani szlachty, ani marginesu.
Nagłe trzaśnięcie drzwiami sprawiło, że zaciąłem się. Przeklinając tego, który wszedł bez uprzedzenia do mojej sypialni, szybko przemyłem twarz pod wodą, a później wytarłem ją dokładnie ręcznikiem, który zwinąłem w kulkę i przycisnąłem do rany. Gwałtownie otworzyłem drzwi z łazienki i spojrzałem na swojego, nienagannie ubranego braciszka, który zmierzył mnie wzrokiem podejrzliwie, a jego niebieskie tęczówki przybrały chłodny odcień. Oczy większości Denverów zawsze były zimne i pozbawione emocji, a on, jako ten idealny członek rodu, również takie posiadał. Od jakiegoś czasu, nie pałał do mnie sympatią, byłem ciekaw dlaczego tak nagle zmieniło się jego podejście do mnie. Do tej pory traktował mnie normalnie, teraz z dystansem.
– Czego chcesz, że nachodzisz mnie tak wcześnie? – rzuciłem nieprzyjemnie na początek i odlepiłem od rany ręcznik. Czułem to przyjemne mrowienie, gdy skóra sama zasklepiła się.
– Nie paraduj goły po komnacie – upomniał mnie, jak miał w zwyczaju starszy brat. – Racz stawić się na dzisiejszym posiedzeniu. Rada ma coś ważnego do przekazania.
– Przyjdę – odparłem spokojnym tonem. – A komnata jest moja, mogę w niej robić co zechcę.
– Ubierz się tak, jak należy. Nie rób niczego głupiego i przede wszystkim – nie spóźnij się.
– Będę braciszku, nie musisz się martwić, jestem już dużym chłopcem.
Jasper skinął na mnie głową, odwrócił się na pięcie i niczym błyskawica, zniknął z moich komnat. Był starszy, nieco wyższy i bardziej smukły. Poruszał się dostojnie, nie tracąc przy tym typowego męskiego kroku, zadzierał wysoko głowę i ubierał się w najlepsze, jak na obecne czasy, rzeczy. Kobiety kleiły się do niego, a on sam lubił je uwodzić. Wiele dam jadło mu z ręki i wcale nie ograniczał się tylko do tych młodszych od siebie, ani tych, które są niezamężne. Często chodził w krawacie lub muszce, lubił garnitury i płaszcze ze skór rzadkich zwierząt. Miał szatynowe nieco kręcone włosy, lekko owalną twarz z wystającymi kośćmi policzkowymi i zarost, który uważnie pielęgnował, by wyglądał dobrze. Kochany przez kobiety i wychwalany przez radę, wielki książę wampirów.
Obaj byliśmy synami z kazirodczego związku, które okryły sławą nasz ród. Małżeństwo naszych rodziców nie należało do tych najlepszych. Pani matka, gdyż tak kazała nam do siebie mówić, zawsze chodziła niezadowolona. Jak każda kobieta z burżuazji nie interesowała się nazbyt swoimi dziećmi. Jednakże, gdy chciała uściślić więzi z dziećmi, robiła to głównie z pierworodnym, rzadko ze mną. W czasach, w których się wychowałem rodzice nie darzyli dzieci sympatią, a one nie miłowały rodzicieli. Jedyne co sobie okazywaliśmy, to szacunek, choć oczywiście większy on był ze strony dzieci, niż rodziców. Po ich śmierci, obaj trafiliśmy pod opiekę całej rady królewskiej, gdzie pod ich czujnym okiem przybywało nam wiosen.
Od początku między mną, a bratem, zaczęto widzieć różnice. On był najlepszy z przedmiotów ścisłych, ja natomiast opanowałem do perfekcji sztuki walki. Braciszek szybko nauczył się kontroli nad powietrzem, a ja do tej pory nie mogłem do końca zapanować nad ogniem. Zapewniałem predyspozycje do bycia królem, a mimo tego, to w moim bracie widzieli przyszłego następcę tronu i to jego wychowywali, jak na szlachcica przystało, a wszystko dlatego, że był starszy.
Wyciągnąłem, ze szkatuły na komodzie, paczkę ulubionych papierosów, wysunąłem z pudełka jedną sztukę i zapaliłem ją srebrną zapalniczką z herbem lwa wygrawerowanym na froncie. Trzymając papieros w ustach przeszedłem do garderoby, gdzie szybko ubrałem na siebie bieliznę. Wyszykowany w czarne spodnie, białą koszulę i czerwony krawat szedłem już w kierunku sali obrad, poprawiając jeszcze mankiety i złote spinki. Nie lubiłem się stroić, lecz wiedziałem, że taki ubiór obowiązuje na posiedzeniach. Byłem ciekaw, co tym razem wielka rada wampirów wymyśliła.
Spokojnym krokiem przemierzałem korytarz, prawego skrzydła pałacowego. Stawiałem długie kroki na czerwonym dywanie i co chwila wypuszczałem nosem dym z papierosa, którego jeszcze paliłem. Skłaniałem głowę gdy mijałem każdą kobietę, a one grzecznie dygały i co prędzej odchodziły. Tutaj w pałacu mieszkali tylko Denverowie, z tej racji, że to my od niecałych dwudziestu wieków rządzimy wampirami. Reszta z burżuazji mieszka w swoich dworach, nieopodal nas.
Wszyscy poddani zwracają się do nas przez per wasza wysokość lub po prostu lordzie. Przebywając na co dzień w takim towarzystwie, słuchanie swoich tytułów i świadomość, że jest się lepszym od innych, naprawdę wpływa na ego, dlatego było ono tak duże między Denverami. Każdy zadzierał głowę do góry i wydawał rozkazy.
Przyjemnie chłodny wiaterek zaczął smagać moje policzki i nagi kark, gdy wyszedłem z korytarza na krużganki. Północ zawsze była zimna, dlatego to wampiry tutaj urzędowały. Nie przepadaliśmy za nadmierną ilością słońca, a tym bardziej ciepła. Aby ograniczyć kontakty ze słońcem do minimum, nasz dzień stał się nocą, a noc dniem. Tak więc spoglądałem teraz spokojnie na gwieździste niebo, pokonując drogę przez dziedziniec do północnej części pałacu, gdzie była nasza sala obrad.
– Dylan?
Zatrzymałem się gwałtownie, a przez moment na moich plecach pojawiła się gęsia skórka, gdy usłyszałem spokojny głos mojej babki Mirandy – królowej wampirów. Wiedziałem, że moim obowiązkiem było utrzymywanie pokoju z innymi rasami i zachowanie wszelkiej etykiety burżuazji, którą najczęściej łamałem. Królowa za to przypominała mi o moich wybrykach, ganiła mnie, czasami nawet krzyczała i okazywała swoje oburzenie moją postawą. Przybyłem na dwór wampirów przeszło cztery dni temu, a jeszcze nie pokwapiłem się żeby złożyć jej wizytę. Moje zachowanie pozostawiało wiele do życzenia.
– Tak? – odwróciłem się powoli, aby spojrzeć na swoją królową. Była już starszą kobietą, a jej ciemne włosy zaczęły lekko siwieć. Zawsze nosiła diadem z drogocennymi kamieniami, który mówił o tym, że jest prawowitą władczynią. Choć i tak nikt kobiet nie słuchał i większość rozkazów wychodziło z ust Nathaniela.  – Zrobiłem coś nie tak?
– Nie przywitałeś się ze mną, gdy wróciłeś – zaczęła z oburzeniem, przez co przewróciłem oczyma. – Jestem twoją babcią, czy to takie okropne, że chcę wiedzieć jak miewa się mój wnuk? Znowu zniknąłeś na długi czas. Martwiłam się o ciebie.
– Niepotrzebnie – odparłem szybko mierząc wzrokiem stado dwórek, towarzyszących królowej. – Wszystko w porządku, wasza królewska mość… 
– Mówiłam ci już, żebyś tak do mnie nie mówił – zbliżyła się do mnie i odgarnęła mi włosy z prawej skroni. Przesunęła delikatnie opuszkami palców wzdłuż mojej ogromnej blizny. – Jestem twoją babcią, twoją rodziną.
– Pamiętam o tym – odsunąłem się kilka kroków, po czym zgrabnie skłoniłem głowę przed kobietami i odparłem szybko. – Spieszę się na spotkanie rady, panie wybaczą.
Bez większych emocji odwróciłem się na pięcie i kontynuowałem swoją wyprawę. Jak większość Denverów, mógłbym uchodzić za przystojnego, gdyby nie ta szpetna blizna na mojej twarzy, która uroku mi raczej nie dodawała. Zaczynała się nad brwią, a kończyła niemalże przy żuchwie. Nawet na białku oka miałem ślad po cięciu, które zrobił mi ojczym, gdy byłem jeszcze małym chłopcem. Nie byłoby to takie straszne, gdyby po prostu mnie zranił. W końcu każda rana u wampira, goi się i nie pozostaje po niej żaden ślad. Miechael jednak… użył do tego swojej energii, a to już było przestępstwem. Chciał przeciąć na pół moją głowę i tylko dobra reakcja dziadka, uratowała moje życie.
Przemierzyłem spokojnie resztę drogi i wszedłem na obrady. Reszta radnych już zajmowała swoje miejsca. Budynek był w kształcie koła, nad którym zbudowana była kopuła ze szkła. Gdy się nudziliśmy, a często tak bywało, spoglądaliśmy na gwiazdy, które elegancko migotały na granatowym sklepieniu. Ja często tak postępowałem, gdyż wiele spraw nie dotyczyło mojej osoby, a tym bardziej nie interesowały mnie tematy, które najczęściej były tu poruszane.
Przeszedłem na prawą stronę i zacząłem wychodzić po schodach, w kierunku ostatniego rzędu. Było ich pięć, po obu stronach. To na nich zasiadali wszyscy mężczyźni z naszego rodu, rada wampirów oraz przedstawiciele pozostałych rodzin. Na środku natomiast było miejsce dla władcy, dwóch pierwszych zastępców, oraz czterech generałów. Moje i Jaspera miejsce przypadało na samej górze półokrągłych rzędów. Oprócz tego, że omawiane były tutaj różne sprawy, często też sala zamieniała się w sąd.
– O czym dzisiaj będziemy debatować? – zapytałem wszechwiedzącego brata, gdy już zająłem swoje wygodne siedzisko. Wyłożyłem nogi na oparcie przede mną i założyłem ręce za głowę.
– Łowcy przysłali jakieś listy. Mamy dzisiaj zadecydować co dalej robić – odpowiedział spokojnie i upił łyk whiskey.
– W związku z? – dociekałem.
– W związku z treścią – syknął. – Skąd mam niby wiedzieć, co jest w listach?!
– Nie unoś się tak, Denverku – mruknąłem złośliwie. – Złość piękności szkodzi.
Szukałem wzrokiem słodkiej blondyneczki, która zawsze krążyła między naszymi rzędami roznosząc nam alkohole, albo krew. Nie mogłem jej jednak dostrzec, dlatego oparłem się zrezygnowany na swoim krześle.
Posiedzenie rozpoczęło się wtedy, gdy do pomieszczenia weszli dwaj pierwsi zastępcy, a był to najstarszy, męski przedstawiciel rodu Denverów – Nathaniel, i Dziedzic Krwi – Marc. Oni byli najważniejsi w tym rodzie. Można by rzec, że nawet byli ważniejszymi osobistościami, niż sama królowa wampirów. Obaj wystrojeni w eleganckie, szyte na miarę garnitury, na które narzucili płaszcze zapinane z przodu złotymi klamrami w kształcie lwów. Najstarszy wampir rzucił listy na blat przed sobą i rozsiadł się wygodnie w fotelu, a tuż po nim to samo uczynił Marc. Zaraz podbiegła do nich blond włosa piękność i dała im drinki. Wtedy to rozpoczęło się całe posiedzenie.
– Odkąd podpisaliśmy pokój z łowcami, więcej listów dostajemy od naszych wrogów, niż podwładnych – zaśmiał się Marc, a zaraz za nim cała sala.
– To kolejna zasługa do twojej listy, Dylan – z uśmiechem skinął głową Walter Windson, czym zwrócił uwagę całej sali. Mężczyźni najpierw spojrzeli na niego, później na mnie.
– Wykonuje swoją pracę – odrzekłem.
– Z niezwykłą… pasją – zaśmiał się Walter, a razem z nim reszta radnych i ja.
 Obaj Denverowie zaczęli otwierać listy, czytać na głos ich treści i komentować razem z pozostałymi. Jedne były skargami na martwych, którzy kręcili się przy ich akademiach, inne zwykłymi raportami na temat położenia wilczych stad. Ten sam bełkot, przez który wiele razy przysypiałem na spotkaniach.
Zawarcie pokoju z łowcami nie czyniło nas sprzymierzeńcami, a tym bardziej przyjaciółmi. Po prostu zadeklarowaliśmy się, że nie będziemy się nawzajem mordować, a tych którzy zechcą złamać prawo, surowo ukarzemy. Było już kilka występków z obu stron, lecz według prawa były one karane, jedne więzieniem, inne śmiercią. Nie każdy uznaje jeszcze jakikolwiek stosunek dyplomatyczny, między naszymi rasami. Zresztą, od wielu lat walczyliśmy ze sobą i byliśmy głównymi wrogami. Pokój między nami, trwa raptem od kilku miesięcy. Ja sam często miałem ochotę rzucić łowcą o skałę, a nie witać się z nim jak z dobrym znajomym. Każdy z nich był na swój sposób denerwujący.
 Złączyliśmy się natomiast przeciwko dwóm, wspólnym wrogom : wilkom i martwym. Ci drudzy byli tymi złymi wampirami, które utraciły tak naprawdę wszystko wraz z momentem upadku. Nie potrafiły mówić i myśleć, a jedyne czego chciały, to ludzkiej i wampirzej krwi. Były zagrożeniem dla nas, a łowcy byli w stanie pomóc w tej kwestii. Zasadniczo dwór traktował łowców jako zwykłą tarczę obronną, przed wszystkimi wrogami, ja miałem ich za zwykłych fanatyków lubiących bawić się w przywracanie pokoju na ziemi, przez zabijanie istot mroku. Totalna głupota!
– Proszą nas o pomoc w trenowaniu swoich uczniów – przeczytał Nathaniel. Zmarszczył czoło i z powagą na twarzy rozglądnął się po reszcie zgromadzonych, która również wyglądała na szczerze zdezorientowaną. – Nie mogę uwierzyć, że naprawdę potrzebują naszej pomocy w szkoleniu ich uczniów.
– Mnie to nie dziwi – zabrałem głos, a wszyscy momentalnie spojrzeli na mnie. Drugi raz tego dnia, biłem jakieś rekordy! Obróciłem kilka razy literatką w dłoni, słysząc jak lód obija się o ścianki, a później beznamiętnym wzrokiem popatrzyłem na wampiry. – Martwi przybierają na sile i coraz mniej łowców może szkolić rekrutów, bo musi zapewnić pozostałym bezpieczeństwo. Ale to nie jest głównym powodem. Wiedzą, że my zabijamy lepiej i właśnie dlatego chcą naszej pomocy. Jesteśmy w stanie przygotować ich dzieci na przyszłą armię.
– Wyjaśnij mi, lordzie – zabrał głos Bedweder. – W jaki niby sposób lepiej zabijamy upadłych?
– Ty Raymond ich nie zabijasz, bo siedzisz tylko w swoim pałacyku i rzadko kiedy opuszczasz ciepłe uda kochanki – wzruszyłem ramionami, a wspomniany przeze mnie wampir zagryzł ze zdenerwowania wargi i ściągnął brwi. Wiedziałem, że to go urazi, ale nigdy nie uchodziłem za jakiegoś przyjemniaczka, więc szybko zbyłem jego wzrok pełen wściekłości. – Wszyscy, chcąc zabić martwego, kierują kołek w jego serce. Potrzeba siły, żeby przebić się przez mostek i żebra do serca, podczas gdy można załatwić go szybciej.
– Jak? – przerwał mi Marc.
– Wbijając sztylet, kołek czy jakąś inną broń pod jego żuchwą. Skóra tam jest zdecydowanie słabsza i łatwo w ten sposób zabić wampira. Ostrze przebije się aż do mózgu, albo wyjdzie na wierzch.
– Rozumiem, że swoją teorię poparłeś doświadczeniami? – rzucił Nathaniel, a ja gwałtownie uśmiechnąłem się dumnie, a jednocześnie bardzo złośliwie.
– Oczywiście, zawsze szukam jakiś słabych punktów u wampirów.
– Żeby twoja wiedza nas wszystkich przypadkiem nie zabiła – skarcił mnie Aaron Windson.
Na powrót wyłączyłem się z rozmowy, jaką prowadziła rada. Rozsiadłem się wygodnie w fotelu, oparłem głowę o ręce, które splotłem ze sobą i założyłem za nią, a następne patrzyłem na niebo. Pełnia. Lubiłem ten księżyc. Miał w sobie coś, co strasznie mi się podobało i przeklinałem to, że właśnie podczas pełni wilkołaki mają swój najlepszy okres do mordu. Ten księżyc wcale nie powinien się im należeć, przeklęte psy…
Przymknąłem na kilka chwil oczy i przeniosłem się z powrotem na miejsce walki, którą stoczyłem kilka dni temu. Pokonanie kilkunastu martwych nie sprawiało mi większych problemów, a wręcz dawało satysfakcję. Wiedziałem, że te kilkanaście to raptem kropla w studni, ale jednak podobało mi się to, że pozbyłem się chociaż części marginesu. Mnie samemu podobało się kąsanie innego wampira i nic nie miałem przeciwko temu, ale to, że upadli stali się bezmózgimi istnieniami sprawia, że są gorsi od nas i należy ich wyeliminować. Aż wstyd przyznać, że takie karykatury, śmie się nazywać wampirami.
– Skoro przeanalizowaliśmy wszystkie listy – zaczął Nathaniel odrzucając na bok papiery. – To możemy teraz porozmawiać o kobietach.
Od razu na sali zrobił się gwar, który skutecznie odciągnął moje myśli od błogich wyobrażeń o zalanej krwią ziemi i dławiących się upadłych. Przesunąłem nieco zaspanym i jednocześnie znudzonym wzrokiem po wszystkich mężczyznach i prychnąłem na nich.
– Czy najmłodsi Denverowie szukają sobie jakichś żon? – zaczął jeden z wampirów. Braciszek wyprostował się jak struna i wlepił swój lodowy wzrok w mężczyznę. Uwielbiał słuchać ofert tatusiów. Czasami na jego ustach pojawiał się złowieszczy uśmieszek, gdy biedny ojciec zapewniał o tym, jak to jego córka jeszcze nie miała żadnego kontaktu z mężczyzną, a tak naprawdę już od dawna paradowała do księcia na noce. Ja natomiast ledwie powieki podniosłem, by na niego spojrzeć. Byłem już i tak wystarczająco znudzony.
– Wydaje mi się, że nie – odrzekł Marc.
– Mógłbym zaoferować swoją córkę – zaczął. – Jest młodziutka i jak na wampirzycę, bardzo niewinna.
– Co to znaczy, że jest niewinna? – wtrąciłem nieco suchym tonem wprawiając w zakłopotanie rozmówcę. – Nie ugryzła jeszcze nikogo?
– Nie zabiła nikogo, lordzie – odpowiedział spokojnym tonem, jak zawsze mieli w zwyczaju Feltonowie. Oni zawsze byli uprzejmi, nawet wtedy, gdy ktoś rzucał wobec nich wiele obelg. – Jest grzeczną młodą damą o nienagannym zachowaniu.
– Nie wydaje mi się, żeby którakolwiek z tych wielkich dworskich dam, choć raz kogoś lub coś zabiła – mruknąłem poprawiając się na fotelu.
– Pannom nie przystoi zabijać – uciął Nicolas.
– Zważywszy na to, że są wampirzycami, to raczej muszą zabijać – dodałem.
– Zamilcz, Dylan – syknął Nicolas, a ja pokrzywiłem się jego plecom, przez co Jasper uderzył mnie w ramię.
– Niestety, lordzie – zwrócił się do mnie. – Moja córka nie myśli o tym, żeby zabijać.   
– A ile owa dama skończyła lat? – zaśmiał się Arthur Denver. Conrad Felton zmieszał się trochę i na moment spuścił swój jadeitowy wzrok, żeby wyszukać odpowiednich słów. Natomiast syn Marca ciągnął ze śmiechem – Dziesięć? Może jedenaście?
– Trzynaście – odrzekł w końcu ojciec tajemniczej, niewinnej piękności.
– Jeszcze przynajmniej cztery lata i może któryś z nich ją kupi, o ile wcześniej nie znajdzie dla siebie jakiejś kandydatki – wtrącił Terry Windson. – Im potrzeba dobrej kobiety, dorosłej, która da im syna, a nie małą dziewczynkę, która nie będzie wiedziała nawet tego, że już nie należy do ojca, tylko do męża.
Przeczesałem czarną czuprynę, wypiłem do końca alkohol i wstałem z fotela kierując się ku wyjściu. Wcisnąłem swoje ręce w kieszenie i spokojnym krokiem mijałem Denverów zasiadających w moim rzędzie. Idąc tak widziałem jak bardzo większość się nudziła. Jedni czytali gazety, inni sprawdzali swoje akcje na giełdzie, a jeszcze inni po prostu spali. Mało kto, tak naprawdę interesował się sprawami tak małej wagi. Przecież to byli tylko łowcy. Marc z Nathanielem odpiszą na pisma, dadzą je posłańcowi i wyślą jednego z dowódców, albo strażników żeby pouczył biednych, małych, ludzkich wojowników. Wiedziałem, że będzie to kolejna nudna sprawa, która zakończy się tak jak ta – rozmową na temat naszych przyszłych, nieletnich żon. Zawsze o tym rozmawiali, gdy kończyły im się tematy polityczne. Nie wiedzieli czym innym mają zachęcić pozostałych do rozmów, więc po prostu ciągnęli tematy kobiet. Bywało i tak, że na spotkaniach dochodziło do dobrego układu i czyjaś niewinna córeczka szybko stawała się kolejną nałożnicą. Średniowieczny pogląd wampirów często był tym, co odstraszało wszystkich od nas.
– Dylan! – odwróciłem się w kierunku Nathaniela, który mnie wołał. – Nie chcesz posłuchać co panowie mają do zaoferowania?
– A mają jakąś kandydatkę dla mnie? – rzuciłem beznamiętnym tonem. – Bo jakoś wydaje mi się, że wszystkie oferty są raczej kierowane do mojego brata, niż do mnie.
– Lordzie – wtrącił się Bernard Bedweder, głowa tego rodu. Był starym już wampirem z siwymi włosami, które wiązał w kucyk, oraz niewielką brodą, którą dzisiaj przystrojoną miał gumką z dwoma diamencikami. Ten ród zasłynął z pięknych kobiet, które często sprzedawali po dobrych cenach pozostałym mężczyznom. Bedwederówny były jednymi z najpiękniejszych dam i to właśnie one najczęściej zostawały żonami przyszłych królów. – Przykro mi to mówić, ale nasze córki wykazują zainteresowanie jedynie Jasperem.
– Wiem o tym, nie jestem ślepy.
– One się ciebie po prostu boją – wtrącił John Windson. – Co prawda, jeśli zaoferowałbyś wspaniałą kwotę byłbym w stanie oddać ci każdą córkę, wnuczkę i nie tylko, ale nie chcę być aż tak zwyrodniałym ojcem, który…
– Nieważne – uciąłem. Mój ton był tak brutalny i zimny, że nawet insekt nie odważyłby się ruszyć. Wszystkie wampiry zamilkły, a ci którzy spali przebudzili się. Wszyscy wlepili we mnie swój wzrok wyczekując odpowiedzi. Uchodziłem za tego groźnego, toteż i ton miałem wystarczająco złowieszczy. – Nie chcę tego więcej słuchać. Życzę panom miłej nocy i na przyszłość, nie zapraszajcie mnie na takie nudne posiedzenia.  
Pchnąłem skrzydło drzwi i wyszedłem na zimne, nocne powietrze. Ten temat mnie rozdrażnił i nieco zabolał. Wiedziałem, że od ponad stu lat nie mam powodzenia u wampirzyc, ale oni nie musieli tego mówić na każdym spotkaniu. Przecież widziałem, z jakim przerażonym wzrokiem patrzą na mnie damy. Co sprawiło, że wszystkie panny na dworze się mnie bały? Otóż, nigdy nie uchodziłem za typowego Denvera, dla których najważniejsze były kobiety, alkohol i pieniądze. Dla mnie liczyła się walka, adrenalina i krew. Już od samego początku były ze mną problemy. Nawet moja własna matka niemalże umarła w katuszach, gdy zechciałem przyjść na ten świat. Wieści o tym szybko rozeszły się między wampirami i już wielu przepowiedziało mi przyszłość, usłaną trupami. Jak na dworzanina przystało, zostałem wysłany do szkoły, gdzie miałem nauczyć się liczyć, mówić, tworzyć. Zamiast tego uciekałem z lekcji, a gdy już na nie przychodziłem, często rozrabiałem i rozdrażniałem profesorów do tego stopnia, że wyrzucali mnie z auli lekcyjnych. Wszystkie przedmioty ścisłe były dla mnie magią i nie przejawiałem najmniejszego zainteresowania, aby się ich uczyć. Uwielbiałem natomiast te lekcje, na których pokazywali nam jak władać swoimi żywiołami, jak posługiwać się mieczem i jak walczyć. Z wolna ćwiczenia w sztukach walk, stały się moją obsesją, a żaden z rówieśników nie chciał ze mną walczyć. Wielokrotnie do królowej, gdyż to ona przejęła opiekę nade mną, skarżyły się dworskie panny za swoich pokrzywdzonych synów. Abym nie sprawiał zagrożenia innym, zesłali mnie na samotność. Obowiązkowo musiałem uczestniczyć w lekcjach z przedmiotów ścisłych, gdzie pilnował mnie gwardzista, a podczas zajęć ze sztuk walk, miałem do dyspozycji jedynie manekina. Nie mogłem trenować z nikim w parze i to mnie męczyło. Sytuacja stała się naprawdę napięta, gdy jako dziesięcioletni chłopiec, ze spokojem na twarzy, zabiłem matkę. Co prawda ona sama tego chciała i każdy o tym doskonale wiedział, jednakże mój zimny stosunek do niej, wszystkich przeraził. Nawet mój starszy brat płakał na jej pogrzebie, a ja stałem z boku wciąż trzymając zakrwawiony sztylet, którym przebiłem jej serce. Wampiry unikały mnie, a sztuki walk zostały dla mnie zakazane, dlatego postanowiłem uciec z dworu i zapuścić się nieco w stronę południa, aby sprawdzić swoje siły w walce z wilkami. Kiedy wszyscy z góry założyli, że zostałem zamordowany, ja wróciłem jako dojrzały mężczyzna niosąc dary dla swojej królowej. Miałem wtedy lat osiemnaście.
Od tamtego zdarzenia minęło blisko sto pięćdziesiąt wiosen, a ja jedynie dopisywałem do swojej listy wszystkie cele, które mi zlecono. To dzięki mnie wilkołaki nie zagrażają w dużym stopniu wampirom, łowcy zdecydowali się na podpisanie układów pokojowych, a upadli nie zbliżają się do pałacu. Te zasługi sprawiły, że widziano we mnie odpowiedniego kandydata na króla, tak jak w Jasperze z tą jednakże różnicą, że ja miałem poparcie tych urodzonych niżej, a on połowy Denverów i szlachty. Z tego co ustalili na jednym z wielu posiedzeń w mojej sprawie, będę musiał przejść jeszcze przez wiele testów i prób, abym został uznany za godnego korony.
Jednakże wszystkie moje działania, odbiły się na osobistym życiu. Żadna z panien nie chciała zostać żoną mordercy, a ojcowie nie chcieli być brutalni i zmuszać je do wiecznego męczeństwa z moją osobą. Uznawali mnie za tykającą bombę, która w każdym momencie może wybuchnąć. Wielokrotnie mężczyźni, którzy mordowali równie często co ja, dusili swoje kobiety, topili dzieci i terroryzowali cały ród. We mnie widzieli takiego samego potwora. Pogodziłem się już z tym co miałem, wiedziałem, że jeżeli wybiorą mnie na króla, to i tak na siłę zmuszą jakieś panny do oddania mi swojej ręki, więc teraz wcale nie interesowałem się tym, co mają mi do zaoferowania. Zresztą i tak wiedziałem, że połowa dwórek już dawno wyfrunęła spod skrzydełek tatusiów do łóżek innych wampirów, lecz żaden nigdy się do tego nie przyznał i wciąż uparcie zapewniał nas o ich dziewictwie.
Przeszedłem przez dziedziniec, a z niego udałem się prosto do głównych drzwi pałacu. Gdy opuściłem jego mury, żwawym krokiem przeszedłem przez całą drogę, która prowadziła do niego. Minąłem strażników przy bramie wjazdowej, którzy ukłonili mi się, a następnie wyciągnąłem z kieszeni paczkę papierosów. Zapaliłem jednego i spokojnie kroczyłem dalej, w stronę miasta. Miałem ochotę się zrelaksować i wiedziałem, gdzie znajdę odpowiednie do tego miejsce. Potrzebowałem chwili spokoju i wytchnienia od tych dworskich, wścibskich nosów. Dark Tower było moim azylem. Tam zawsze mogłem wejść do zatłoczonej karczmy, napić się piwa z drewnianego kufla i razem z innymi wampirami porozmawiać o czymś zupełnie normalnym i nie mającym żadnego związku z pieprzoną arystokracją.  
Północne miasto, niemalże w całości zamieszkałe było przez same wampiry. Prowadziły one swoje biznesy, zakładali rodziny i żyli, prawie tak samo jak ludzie. Rodzili się, żyli, a później umierali z różnych powodów. Miasto nie było ostoją spokoju. Często, tak jak w ludzkim świecie, dochodziło tutaj do morderstw, kradzieży, gwałtów, pobić. Pod wieloma względami wampiry przypominały ludzi, nawet jeśli chodziło o typowe życie. Zresztą nic dziwnego, połowa z nich na początku była właśnie ludźmi.
– Znowu wybierasz się do baru?
Odwróciłem się za siebie i ujrzałem roześmianą twarz Lewisa Denvera. Był ojcem Michaela i Richarda – zdrajcy wampirów, który sprzymierzył się z tropicielami i zajął tworzeniem armii morderców. Lewis naprawdę był moim dziadkiem, nie Miranda, lecz królowa po tym jak przejęła nas pod swoją opiekę, jako małych chłopców, chciała żebyśmy nazywali ją babcią.  Dziadek był dziwnym wampirem. Wyróżniało go to, że był hybrydą. Wszystkich natomiast zaskoczyło to, że pierwiastek zła nie przebudził się w nim, ani w jego synu Michaelu. Krążyła natomiast plotka, że cały mrok skumulował w sobie młodszy syn – Richard. Czegoż to wampiry nie potrafią wymyśleć…
– Muszę odpocząć od tego królewskiego życia, dziadku – mruknąłem i ruszyłem dalej, gdy dorównał mi kroku. – Coś nowego? Nie było mnie kilka tygodni. Coś się chyba wydarzyło.
– Owszem, wydarzyło – uśmiechnął się niegrzecznie, a jego czarne tęczówki, zapłonęły czerwienią. Spojrzał na mnie znacząco i położył mi dłoń na ramieniu – Chcą zrobić z ciebie dyplomatę.
– Dyplomatę? – zmarszczyłem czoło. – Nie wystarcza im to, że eliminuje wrogów królestwa?!
– Wystarcza – odrzekł. – Ale jeśli chcesz, aby twoje pretensje do tronu zostały zaakceptowane, nie możesz jedynie mordować. Musisz znać się na polityce. Nathaniel chce żebyś zaczął interesować się takimi rzeczami. Obserwowaliśmy cię dzisiaj uważnie podczas zebrania. Twój brat angażował się w rozmowy, dawał nowe pomysły i wysłuchiwał tego, co mają do powiedzenia inni. Ty natomiast poza tym jednym stwierdzeniem całe spotkanie się nudziłeś. Jak niby chcesz konkurować z Jasperem o koronę, skoro nie interesuje cię polityka? W tej kwestii akurat twój brat ma przewagę, a to jest zdecydowanie ważny aspekt.
– Nic ciekawego nie omawialiśmy – uciąłem chłodno i zaciągnąłem się papierosem, a dym wypuściłem nosem. W połączeniu z parą ciepłego powietrza, utworzył się z tego gęsty obłoczek.
– Ale polityką musisz się interesować, czy tego chcesz, czy nie – zganił mnie dziadek. – I nie powinieneś tak nieodpowiednio odzywać się do innych z rady.
– Zrobiłeś się moim ojcem? – spojrzałem srogo na wampira. – Nie obchodzą mnie wszyscy ci, którzy zasiadają w radzie. Mają mnie za kogoś od brudnej roboty, któremu mogą wyznaczyć cel i nic więcej nie zrobić. Siedzą w dworkach i tyją, zamiast zacząć walczyć. Połowa z nich może nawet nie znać swojego żywiołu, albo zapomniała, jak się go używa.
– Rozumiem – skinął głową i założył ręce za plecami. Z uśmiechem szedł obok mnie i oglądał gwieździste niebo. Jak na dziadka, wyglądał stosunkowo młodo i właśnie dlatego rzadko kiedy zwracałem się do niego według pokrewieństwa. W ogóle na dworze nie zwracaliśmy się do siebie przez wzgląd na łączące nas więzy krwi, lecz przez zwykły przydomek lordzie lub bezpośrednio po imieniu.
– Więc, w jaki sposób chcecie zrobić ze mnie dyplomatę? – zapytałem.
– Prawdopodobnie pojedziesz z odpowiedziami do łowców. Do akademii, którą mają na wschodzie niedaleko wodospadu. Będziesz musiał przedstawić nasze stanowisko w sprawie tych listów.
– To ta szkółka, w której rządzi Slade? – dopytałem dla upewnienia.
– Dokładnie ta – skinął głową. – Jego żona została zamordowana przez wampira. Wiedz, że nie ma on pokojowego nastawienia do nas. Musisz uważać, z tym co mówisz i co będziesz robił. Wszyscy cię u nas szanują, bo dzięki tobie wampiry mogą spokojniej spać, ale u łowców tak nie ma. Pamiętaj, że zamordowałeś wielu z nich, zanim zawarliśmy pokój.
– Skoro wszyscy wiedzą, że jestem mordercą, dlaczego rada chce mnie wysłać prosto w gniazdo łowców?
– Właśnie po to, żebyś mógł w pokojowy sposób przekazać listy, ewentualnie z nimi porozmawiać. Nie chcemy konfliktu z łowcami, a wydaje nam się, że twoje nieco pokojowe nastawienie wobec nich, załagodzi nienawiść jaka panuje między nami. Pokój trwa dopiero kilka miesięcy, nie potrzebujemy kolejnej wojny.
– Nie mam pokojowego nastawienia do nich – oburzyłem się.
– Ty do nikogo nie masz bliżej określonego nastawienia, Dylan – spojrzał na mnie z kocim uśmiechem i kopnął leżący przed nim, mały kamień. – Wiem jakie krwawe mogą być bratobójcze walki o koronę, dlatego musisz iść łeb w łeb z Jasperem. Potrafisz walczyć jak nikt inny, najlepiej z nas władasz ogniem, ale to Jasper zajmuje się sprawami politycznymi. Owija sobie wokół palców całą radę.
– Zamiast bawić się w jakąś śmieszną politykę, powinien ze mną walczyć jak mężczyzna.
– Masz taki sam charakter, jak twoja matka – zaśmiał się Lewis. – Tak samo waleczny i porywczy. Zupełnie jakbyś był w gorącej wodzie kąpany.
– Skoro tak bardzo ją przypominam, czemu kochała tylko swojego pierwszego syna? – prychnąłem i ponownie zaciągnąłem się papierosem. – Pierdolony Jasper, wszyscy go kochają.
– Tak to już jest, że pierwsze dziecko kocha się najbardziej, Dylan – położył mi dłoń na ramieniu. – Jednakże to nie oznacza, że kolejne dzieci są mniej ważne. Ona widziała w tobie ten hart ducha, wiedziała, że nie potrzebujesz tyle czułości co Jasper. Dlatego postanowiła, byś to ty zadecydował o jej życiu.
– Więc taki ze mnie brutalny syn, że ją zabiłem?
– Czasem jesteś naprawdę głupi – uderzył mnie z otwartej dłoni w tył głowy i zaśmiał się przy tym. – Kto kiedykolwiek powiedział ci, że byłeś złym, albo brutalnym synem? Marina prosiła o śmierć, ty jej to dałeś. Gdyby o to samo poprosiła swojego rozczulonego bobaska, jak myślisz, co by zrobił?
– Nic – wzruszyłem ramionami. – Chciałby, żeby ktoś uratował matkę.
– Dokładnie, a w jej stanie ratunek… był nie możliwy. Gdyby mogła do ciebie teraz coś powiedzieć, na pewno byłaby wdzięczna za to, co zrobiłeś. To, że poprosiła właśnie ciebie, było oznaką miłości.
– Nigdy nie zrozumiem miłości – mruknąłem patrząc na Lewisa spod przymrużonych powiek. Wampir przez chwilę patrzył się na mnie, a później wybuchnął śmiechem.
– Takie już nasze przekleństwo – wzruszył ramionami wciąż z uśmiechniętą miną. – Mężczyźni z naszego rodu nigdy nie znali się na uczuciach.
– Zdecydowanie – uciąłem. – Gdybym był kochany, nie miałbym takiej pamiątki na twarzy.
Ścisnąłem dłonie w pięści i przystanąłem na ścieżce. Lewis popatrzył się na mnie nieco zmieszany. Wyglądał tak, jakby szukał odpowiednich słów, by wyjaśnić mi zachowanie mojego ojca. Nie potrzebowałem żadnego tłumaczenia, po tylu latach wiedziałem jakim był potworem, za którego miałem go od najmłodszych lat. Nawet cieszyłem się, że nie żyje.
– Nie jestem w stanie ci wyjaśnić, czemu Michael to zrobił – odpowiedział w końcu dziadek. – Nie będę go też w żaden sposób usprawiedliwiał.
– Nie musisz – zbliżyłem się. – Już nie żyje.
– Michael zasłużył na to – wyciągnął mi z ust papieros, żeby samemu zaciągnąć się tytoniem. – Był zdolny, mądry i spokojny, gdy był jeszcze młody. Dopiero później zazdrość o Richarda zaczęła go zżerać i zaczął wykorzystywać to, że jest starszy i ma po swojej stronie głosy rady. Oby Jasper nie próbował tego samego, bo to go zgubi. Natomiast ty – wskazał na mnie palcem – Lepiej też nie daj się ponieść swoim instynktom. Tobie też nie wyjdzie to na dobre. Zawsze trzeba znać ten zloty środek.
– Filozof z ciebie marny – dodałem na koniec, marszcząc czoło. Wywołałem tym kolejny dzisiejszej nocy, długi i głośny śmiech u mojego dziadka.
– Jestem oznaką marności, Dylan – przyznał się. – Wychowałem dwóch szalonych synów, jako pierwszy rozwiodłem się z żoną i jeszcze na domiar złego, sam zrezygnowałem z władzy. Twoja uwaga była dla mnie niczym komplement między wszystkimi naganami od wampirów.
– Tracę kontrolę – wyszeptałem, przez co przerwałem śmiech Lewisa. Jemu jedynemu ufałem i wiedziałem, że mogę mu dużo powiedzieć, choć i tak nie wszystko. – Tracę nad sobą kontrolę, dziadku. Mam jakieś dziwne pragnienia, a moja siła stale rośnie…
– Za dużo zabijasz.
– Jak… to?
– Stajesz się bestią – wzruszył ramionami. – Kiedy ostatnio zrobiłeś coś normalnego? I nie mam tu na myśli zabaw z ludzkimi kobietami. ­– zaznaczył, przez co zmarszczyłem nos. Nie musiałem mu nic mówić, żeby wiedział w jaki sposób spędzam wolny czas. Był przebiegłą żmiją. Tak go zresztą wszyscy nazywali – żmij.
– Nie wiem – spuściłem wzrok.
– Staraj się nie przyjmować już więcej zleceń – objął mnie ramieniem. – Wybierz się do fryzjera, zmień tą twardą minę, na bardziej potulną i żyj pełnią życia. Uśmiechaj się więcej…
– Nie jestem takim romantykiem, jak ty – wyswobodziłem się z jego uścisku. – Gdy ja się uśmiechnę, wampiry na dworze pomyślą, że straciłem rozum.
– Więc na początek zacznij od ograniczenia zabójstw. To na pewno w jakimś stopniu pozwoli ci zapanować nad pragnieniami.
Staliśmy na wzniesieniu i przyglądaliśmy się wysokim budowlom w mieście. Już stąd słychać było gwar, warkot samochodów, motocykli i ogólny miastowy harmider. Jeszcze za mojej młodości ta mieścinka była raptem osadą złożoną z kilku chałup. Teraz wampiry nie skupiały się już jedynie na polowaniu na śmiertelników i przemieszczeniu się. Zaczęli tak jak ludzie żyć w jednym miejscu. Było to niezwykle korzystną dla nas sytuacją, gdyż w razie wojny, mieliśmy wojsko niemalże pod ręką.
Pół nocy spędziłem przy dużym kuflu piwa i grze w pokera razem z innymi wampirami z niższych sfer. Właśnie to było moją rozrywką, gdy miałem dość życia w pałacu. W barach zawsze był gwar, bójka i ogólna zabawa. To, że świat ruszył do przodu nie oznaczało, że wampiry również podążyły za nim. Budowanie lepszych domów, stawianie wysokich bloków mieszkalnych, nie sprawiało, że zaczęliśmy być bardziej nowocześni. Wciąż pozostał w nas ten duch średniowiecza i ogólnej epoki, w której się wychowaliśmy.
Gdy słońce było już widoczne na horyzoncie, żwawym krokiem szedłem drogą do pałacu. Jedyne o czym teraz marzyłem, to ciepłe łóżko w mojej komnacie i przespany dzień aż do później godziny. Wiadomości od Lewisa były przydatne, bo przynajmniej mogłem się jakoś mentalnie przygotować na to, że nie jestem dla nich już mordercą na posłanie, ale jakimś zwykłym listonoszem. Czułem się podle z tym, bo wróżyłem sobie coś lepszego niż przenoszenie listów do łowców i z powrotem. W ogóle wyobrażałem sobie inne życie. Chciałem swojego tytułu, władzy i przyszłości dla siebie i moich potomków. Odkąd trafiłem na dwór, nie byłem księciem jak mój brat, lecz tylko wściekłym rottweilerem, którego Denverowie spuszczają z łańcucha na łowy. Odkąd moje zdolności zaczęły ewoluować, zyskałem szpiegów, którzy każde moje morderstwo, zachowanie i wybuch emocji podawali na tacy radzie. Pilnowali mnie i to strasznie działało mi na nerwy.
Nagły pisk i tętent kopyt wyrwał mnie z rozmyślań. Przed oczami wyłonił mi się biały rumak, a siedząca na nim dziewczyna wyglądała tak, jakby zaraz miała wyzionąć ducha ze strachu. Ledwo trzymała się zwierzęcia, które wierzgało na wszystkie strony zarzucając tylnimi kończynami. Ze znużeniem wypuściłem z płuc powietrze i ruszyłem biegiem w ich kierunku. Zwinnie, niczym kot, złapałem się jedną ręką przedniego łęku i wskoczyłem na grzbiet konia tuż za młodą panną. Złapałem za wodze i mocno ściągnąłem je do siebie, jednocześnie ściskając konia łydkami. Twardo dosiadłem kopytnego i nie puszczałem, gdy próbował wyszarpać głowę. Początkowo nie chciał dać się zatrzymać, lecz po chwili zmagań zwierze zrozumiało, że jestem bardziej doświadczonym jeźdźcem, niż owa zapłakana małolatka.
– Wszystko w porządku, lady? – zapytałem, gdy zatrzymaliśmy się na uboczu.
Pokręciła jedynie głową i niemalże spadła z konia. Zsunąłem się więc z grzbietu, a następnie pomogłem zsiąść dziewczynie. Była lekka, niczym piórko. Pod palcami mogłem wyczuć natomiast wszystkie jej żebra. Gdy tylko stanęła na nogi rzuciła się pędem w krzaki, gdzie zwymiotowała. Jazda konna zawsze była popularna wśród burżuazji, ale nigdy nie spodziewałem się, że puszczą pannę samą zwłaszcza, że nie umie jeździć. Może i mężczyźni byli okrutni sprzedając sobie córki niczym zwierzęta, ale jednak każda miała zapewniony dostatek i opiekę. Wampiry nie łączyły się z miłości, ale tylko i wyłącznie z obowiązku. Każda kobieta i każdy mężczyzna byli do tego przygotowani. Ich obowiązkiem było słuchanie się najpierw ojca, a później męża, wychowanie dzieci i godna postawa oraz wspieranie męża i udzielanie mu rad, naszym – troska o kobiety, pomnażanie zysków i budowanie własnej silnej rodziny, a także dbanie o dobro rodu.
– Dziękuję – odpowiedziała, gdy już przetarła usta, aksamitną chusteczką ozdabianą złotą nicią. – Gdyby nie wasza wysokość, zginęłabym.
– Nie dostałaś opieki? – zapytałem głaszcząc konia po nozdrzach i ze spokojem patrząc na młodą panienkę. – Wyjazd poza mury pałacu jest niebezpieczny.
– Właśnie… – zaczerwieniła się na policzkach i spuściła na moment wzrok. – Wybrałam się na przejażdżkę, ale koń nagle się spłoszył i poniósł mnie.
– Rozumiem – skinąłem głową. – Odprowadzę cię do domu.
– Nie ma potrzeby, wasza wysokość! – gwałtownie podbiegła i odebrała ode mnie wodze, co sprawiło, że koń zarżał zaniepokojony i szybko zadarł głowę do góry. – Dziękuję za ratunek…
– Spokojnie – położyłem jej dłoń na ramieniu, lecz ona szybko odskoczyła ode mnie, co nieco mnie zaskoczyło. Wyglądała na przerażoną, a wręcz spłoszoną jak koń, na którym jechała. Czyżby bały się nawet mojego dotyku…?
– Przepraszam, wasza wysokość – wyjąkała czerwieniąc się.
– Jak ci na imię? – zapytałem starając się ignorować jej zachowanie, choć uraziło mnie trochę.
– Laurel Felton, wasza wysokość.
– Zatem chodźmy do twojego ojca – ruszyłem z miejsca ciągnąc za sobą zwierze, które o dziwo nie stawiało oporów.
Dziewczyna spuściła trochę głowę i ruszyła za nami. Odpięła zapinkę i zdjęła z głowy toczek jeździecki. Była jeszcze niska i chuda, a do tego głosik miała lekko piskliwy. Wyglądała na dziecko wchodzące w ten trudny okres dojrzewania. (zdanie nieco bez sensu). Samotna przejażdżka była okazem lekkiej głupoty, ale nastolatkom chyba wszystko się wybacza. Widziałem, że się mnie boi, choć nawet nie spojrzałem na nią swoimi czerwonymi ślepiami. Nie podobało mi się to, a wręcz było drażniące. Uratowałem dziewczynie życie, albo chociaż zdrowie, a ona odskoczyła ode mnie, jakbym był jakimś potworem. Historie, które krążyły na mój temat w dworskich murach, nie były przyjazne i mnie samego już męczyły.
– Czy mogłabym cię o coś prosić, wasza wysokość? – zapytała podnosząc na mnie swoje jadeitowe, pełne łez oczka.
– Hm? – wymruczałem.
– Proszę nie mów mojemu tacie o tym, co zaszło – spojrzała na mnie, a po jej alabastrowej skórze spłynęło kilka łez. – Nie chcę, żeby się martwił… chce dla mnie jak najlepiej… a ja…
– Przecież nic się nie stało – wzruszyłem ramionami. – Każdego czasem koń poniesie. Poza tym dziewczynko, nie musisz się mnie bać. Nie zrobię ci krzywdy.
– Wszyscy mówią, że jesteś niebezpieczny – spojrzała na mnie nieco przerażonym wzrokiem, a gdy nie usłyszała odpowiedzi ode mnie, szybko zaczerwieniła się i dodała pospiesznie : – Wasza wysokość.
– Uratowałem cię – zaśmiałem się. – Chyba nie dlatego, że jestem groźny.
– Do tej pory nie miałam okazji porozmawiać, z którymś z książąt – jęknęła pod nosem. – Wszystkie damy na dworze ciągle mówią o tym, jak to usłyszały komplementy od księcia Jaspera, albo jak przynosił im kwiaty…
Aham! Chyba w zamian za noce w jego komnacie – mruknąłem w myślach.
– Ja sama chciałabym, żeby książę zwrócił na mnie uwagę… ­– lekko zaczerwieniła się.
Dziewczynko o czym ty w ogóle myślisz?! On tylko kusi wszystkie samice, a później przeleci i zostawia, romantyk pieprzony!
Chwila… przecież sam tak robiłem…
Cholera, ale ja się nie uważam za romantyka!
No więc mnie ten problem nie dotyczył.
Uśmiechnąłem się niegrzecznie przez własne myśli i szedłem dumnie przekonany o tym, jak to nie jestem większym hipokrytą, niż mój głupiutki braciszek. Mogłem być z siebie w jakiś sposób zadowolony. Chociaż, normalni stwierdziliby, że jestem w pełni nienormalny, uważałem się za całkowicie normalnego.
– W każdym razie cieszę się, że chociaż mogłam z tobą porozmawiać, wasza wysokość! – uśmiechnęła się do mnie, a jej złociste fale poruszyły się delikatnie. Oczywiście nie słuchałem tego co mówiła, ale to ostatnie zdanie, zbiło mnie z tropu. – Tylko przepraszam, że w takich okolicznościach…
– Masz trzynaście lat? – dopytałem.
– Tak, wasza wysokość.
– Wiesz o tym, że twój ojciec chce cię wydać za mąż? – zapytałem, zanim zdążyłem ugryźć się w język. Dopiero teraz się zorientowałem, że o takich rzeczach raczej nie mówi się tak młodym dziewczynom.
– Tata chciałby, żeby kobieta z naszego rodu została żoną króla.
– Przecież już były dwie…
– No tak, ale! – zrobiła kilka podskoków i założyła rączki za plecami. – Lord Marc zamordował swoją żonę, bo nie była dla niego odpowiednia, a lord Lewis rozwiódł się z obiema. Feltonowie chcieliby, żeby w końcu jedna z kobiet odzyskała dobre imię rodziny.
– Możesz śmiało przekazać, że Denverowie szanują wasze kobiety – odpowiedziałem szybko.
– Więc dlaczego lord Marc zamordował Aureę? – syknęła szybko i wbiła we mnie swój jadeitowy wzrok.
– Na to pytanie, nie umiem ci odpowiedzieć – przeczesałem gęstą czuprynę na głowie. Zdziwiło mnie to, jak taka mała dziewczynka, na pozór jeszcze dziecinna, zna się na historii i nawet nie przeraża jej kwestia bycia sprzedaną. – Wtedy była inna mentalność wampirów. Aurea prawdopodobnie nic złego nie wyrządziła, ale Marc jest nieco porywczym wampirem… zresztą, musiałabyś się go osobiście zapytać – dodałem żartem.
– A ty? – znowu spojrzała na mnie. – Jakie lubisz damy?
Przystanąłem na moment i wgapiałem się w złocistą dziewczynkę. Jej zachowanie zastanawiało mnie. Nie zachowywała się jak typowa Feltonówna. Była odważna, jeśli chodzi o zadawanie pytań i wcale zbytnio nie dbała o tytuły. Musiały być w niej geny matki, z rodu Hetfordów, ponieważ nie widziałem innego, słusznego wytłumaczenia tego, dlaczego mała złotowłosa jest taka pewna siebie.
– To chyba nie jest temat, na który powinniśmy rozmawiać – uciąłem.
– Nikomu tego nie mówisz – odpowiedziała szybko. – Jest kilka dam, którym się bardzo podobasz, ale nie wiedzą, czy odwzajemnisz te uczucia.
– Co to za panny?   
– Jaki będzie sens w zabawie, gdy ci powiem? – zaśmiała się i uśmiechnęła słodko do mnie. Zmarszczyłem jedynie czoło.
– Słuchaj no! – złapałem ją za ramię i odwróciłem w swoją stronę. Momentalnie jej ciało zdrętwiało, a źrenice zrobiły się tak ogromne, że prawie zasłoniły jadeitowy kolor. – Nie wiem w co grasz…
– To nie jest moja gra – jęknęła od razu. – To gra dam. Polega na zarzucaniu przynęty na mężczyzn.
– Nie jesteś jeszcze za mała na to? – zwęziłem oczy. Dziewczynka natomiast zaróżowiła się i spuściła wzrok. Strąciła moją dłoń i ruszyła wolnym krokiem przed siebie, a ja podążyłem za nią. Już nic więcej nie powiedziała. Widocznie uderzyłem w jej czuły punkt, skoro tak zamilkła obrażona. I dobrze, nie potrzebowałem takich pytań ze strony trzynastolatki. Chociaż, muszę przyznać, że zaintrygowało mnie te kilka dam, którym ponoć się podobam.
– Laurel!
W naszą stronę pędziła już kobieta, prawdopodobnie matka złotowłosej. Nie wyglądała na zdenerwowaną, ale bardziej na przerażoną. Dziewczynka pobiegła w jej kierunku i przytuliła się na powitanie. Służba pojawiła się równie szybko i odebrała ode mnie wierzchowca, którego następnie poprowadzono do stajni. Nie czekając na żadne słowa, po prostu odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w kierunku pałacu, gdyż już połowa tarczy słońca wyszła zza horyzontu.
– Wasza wysokość! – zawołała za mną kobieta. Zatrzymałem się i spojrzałem na nią spokojnym wzrokiem. – Przepraszamy za problem, jaki sprawiła nasza córka.
– Nic się nie stało – wzruszyłem ramionami i odszedłem.

Hejka, moje wampirki :* Od razu mówię, wiem, że rozdział długi, ale podzielenie go na dwie części nie miałoby sensu ;-; Początkowe będą takie właśnie trochę długie, dalej będę starać się pisać rozdziały tak po minimum 18 stron, więc będą dzielone na dwie części :)
  Jak wrażenia? :D Ostatnie dwie godziny spędziłam na wyszukaniu błędów i jeszcze dodawaniu przecinków, ale jeśli czegoś zapomniałam to będę wdzięczna, jeśli zwrócicie uwagę :* 
  Nadrabiam po kolei rozdziały u każdego czytelnika, proszę o wyrozumiałość z czasem, bo mam jeszcze wakacyjną pracę więc tak jestem nie jestem, zależy od kaprysu :x Na pewno o wszystkich pamiętam i do wszystkich zaglądnę :) 
  Jakie są wasze spostrzeżenia odnośnie nowego Dylana? Ten sam charakter, czy może trochę się zmieniło? XD A no co jest ważne - odmłodziłam go trochę i Jaspera też. Mają po 150 lat z odrobinką :P Ktoś zgubił się w Denverach, albo innych z rodu? Jakby co to mówcie, postaram się to wyjaśnić :P
  No cóż... to chyba tyle na dzisiaj :) Przyszły rozdział już z Ally! Oby przypadła Wam do gustu :D 
  Pozdrawiam kochani :*