wtorek, 20 września 2016

Rozdział 2.1

Siedziałam na dachu akademii i wpatrywałam się w piękne, gwieździste niebo. Był koniec lata, a moją skórę otulał lekki wiaterek. Nie było mi zimno mimo, iż siedziałam w krótkich spodenkach i zwykłej koszulce, a stopy miałam bose. Nie bałam się, że spadnę chociaż znajdowałam się ponad czterdzieści stóp nad ziemią. Od dziecka pięknymi nocami wychodziłam na dach ze swojego pokoju i patrzyłam w niebo szukając wyciszenia i spokoju. Tata gdyby dowiedział się jak ryzykuje swoim życiem, pewnie zabiłby deskami moje okienko, albo przeniósł mnie do takiego pokoju, w którym nie byłoby okien. Miewał napady nadopiekuńczości, a ja chciałam się wyrwać spod jego skrzydeł. Miałam już siedemnaście lat i nie potrzebowałam wiecznej opieki ze strony ojca, poza tym przez to, że tak wiecznie obchodził się ze mną jak z jajkiem, inni uważali mnie za jakąś królewnę, której należy się specjalne traktowanie. Harry przesadzał i to bardzo. On i tak miał wiele spraw na głowie, nie chciałam być jego dodatkowym ciężarem. Bycie dyrektorem w akademii Dragonów było męczącą pracą. Opieka nad setkami uczniów, stała papierkowa praca i ciągły niepokój wykończyły już niejednego. Ale… Harry Slade uchodził za niezniszczalnego. Poza tym, odkąd przekazano mu szkołę, znacznie poprawił się jej poziom, a uczniowie wychodzili lepiej przeszkoleni. Mój tata zdobył już wiele zasług, a ja chciałam być podobna do niego.
Już wkrótce rozpocznie się nowy semestr i przyjedzie do nas jeszcze więcej młodych rekrutów. Każdy z nas zaczynał trening w wieku czternastu lat i kończył go gdy mięliśmy osiemnaście lat. Właśnie miałam zacząć swój ostatni rok treningu na łowcę. Nie mogłam się już doczekać chwili, gdy dostanę własny malutki tatuaż na karku w kształcie smoka. Będę wtedy pełniła wartę, mogła bronić słabszych i zabijać wampiry! Chciałam być jak moi rodzice, którzy byli wspaniałymi i bardzo zasłużonymi łowcami z wieloletnim stażem. Wszyscy tego również ode mnie oczekiwali. Nazwisko Slade zna każdy z łowców. Moi pradziadkowie byli łowcami, dziadkowie, rodzice i wkrótce będę i ja! Allyson Slade jako pogromczyni bestii!
Zachichotałam z własnej infantylności i oparłam się dłońmi o dachówki. Z uśmiechem na ustach patrzyłam na tarczę księżyca napawając się światłem, które dawał. Nie byłam przyjaźnie nastawiona do wampirów, a uściślając do martwych. Jeden z tych morderców wyssał krew z mojej mamy na moich oczach. Martwi byli ohydni pod każdym aspektem i drastycznie różnili się od prawdziwych wampirów. Choć tak naprawdę nigdy nie poznałam żadnego innego, oprócz fajtłapowatego posłańca z dworu. Jednak podstawowe informacje każdy z nas musiał wiedzieć. Przede wszystkim uczyliśmy się nazw pięciu potężnych rodów i ich herbów. No i kazali nam pamiętać, że obecnie wampiry mają królową, Mirandę Denver, ale całego konfliktu między Denverami nie omawialiśmy. Było nam to zupełnie niepotrzebne. Nawet nie znałam przedstawicieli ich rodu, oprócz najstarszego żyjącego, nie wiedzieliśmy niczego. Każdy z nas niespecjalnie narzekał na brak informacji o dworze wampirów. Byliśmy łowcami, zbytnie informacje o nich wcale nam się w życiu nie przydadzą. W świecie nocnych, sprzedają kobiety między sobą jakby były rzeczami i jedyne czego chcą, to pieniędzy. Nie wiedzą co znaczy trud i praca, a tym bardziej wysiłek. Swoimi oszustwami pomnażają majątki do tego stopnia, że mogą spać na banknotach, albo nawet podpalać nimi ogień w kominkach. Byli naprawdę podłymi istotami. Ci z wyższej klasy wykorzystywali wszystkich poddanych w każdy możliwy sposób, byle by zapewnić sobie odpowiedni byt. Wiedziałam tyle, że Denverowie lubią zabawy z kobietami w każdy sposób, i nie liczą się z uczuciami, Windsonowie są wojownikami i mordercami, Feltonowie potrafili uzdrawiać, Bedwederowie mięli głowę do interesów i ponoć, najpiękniejsze kobiety, a Hetfordowie byli przebiegli i złośliwi. Każdy z rodów miał jakieś swoje wyróżniające ich cechy. Według mnie, każdy z nich był taki sam.
Po godzinie spędzonej na świeżym, nocnym powietrzu podniosłam się i zaczęłam ostrożnie stawiać kroki na dachówkach. Co prawda z tej strony dach nie był stromy, ale zbytnia pewność siebie jeszcze nikomu na zdrowie nie wyszła, a ja nie chciałam złamać kręgosłupa w tak młodym wieku przez swoją brawurę. Przeszłam tak kawałek drogi, po czym powoli zaczęłam schodzić w dół, w kierunku zakończenia dachu. Oparłam jedną stopę na metalowej rynnie, a ręką przytrzymałam się jednej z rurek. Przełożyłam drugą nogę za krawędź rynny i palcami u stóp wyszukiwałam odstającego rzędu cegieł. Gdy odnalazłam je, droga na parapet w moim pokoju była już krótka. Wskoczyłam do pokoju i z uśmiechem na ustach schowałam się pod kołdrę. Zgasiłam lampkę nocną i ze spokojem zasnęłam oczekując następnego dnia.
Czas wakacji w akademii był najcichszym okresem z życia szkoły. Nie było żadnych kolejek do łazienek, dziewczyny nie kłóciły się ze sobą, ani nikt nie biegał po korytarzach. Pod koniec wakacji taka cisza bywała dobijająca i z utęsknieniem oczekiwałam rozpoczęcia semestru, lecz teraz czułam się nad wyraz dobrze i sama nie wiedziałam dlaczego.
Tylko niewielu uczniów zostawało na cały rok w akademii. Ja, oprócz wycieczek do babci, nie ruszałam się poza jej mury. Tata był dyrektorem i zarządcą tej placówki i przez cały okres wakacji negocjował z wampirami oraz przygotowywał odpowiednie plany zajęć dla rekrutów. Z tego względu nie wyjeżdżaliśmy.
Oprócz mnie w akademii była również moja koleżanka Anastasia, której rodzice zginęli cztery lata temu podczas jednego z polowań na upadłych, oraz Maximilian. Max był jednym z największych przystojniaków w naszej szkole i miałam to szczęście w nieszczęściu, że był moim przyjacielem. Tylko on był we wszystkim ode mnie lepszy. Zawsze zwinniejszy, szybszy, silniejszy, mądrzejszy. Poza zajęciami lekcyjnymi często chodził ze swoją paczką na nocnego tenisa, po którym wracali ostro poturbowani. Próbowaliśmy swoich sił w drugiej klasie jako para, lecz szybko ten związek dobiegł końca, gdyż oboje byliśmy strasznie uparci i nigdy nie mogliśmy dojść do porozumienia. Obecnie dostał miano największego podrywacza i kobieciarza, choć tak naprawdę jeszcze nie znalazł miłości swojego życia.
Przewiesiłam ręcznik przez ramię, ubrałam różowe pantofle na stopy i chwyciłam swoją kosmetyczkę. Wyszłam z pokoju udając się prosto w kierunku łazienki. Po szybkim prysznicu, który postawił mnie na nogi po błogim śnie, zawinęłam włosy w ręcznik i zaczęłam szczotkować zęby. Już po chwili zwykłe zajęcie przerodziło się w udawany śpiew i taniec. Nie wiedziałam, co wprawiło mnie w tak dobry humor, ale cieszyłam się, że wstałam dziś prawą nogą.
Gdy miałam już wykonać kolejną solówkę, drzwi do łazienki stanęły otworem, a w nich pojawił się Max. Gapiłam się na niego wciąż trwając w dziwnej pozycji i mając usta pełne piany, a on wlepił swój wzrok we mnie. Po chwili wybuchnął głośnym śmiechem i nonszalancko oparł się o framugę drzwi ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma. Szybko otrząsnęłam się, wyplułam pastę do zlewu i skoczyłam na chłopaka.
– Zmieniłeś płeć? – rzuciłam zaczepnie. – To jest damska toaleta!
– Wiem o tym – zaśmiał się i trącił mnie biodrem, żeby spojrzeć na siebie w lustrze. – W naszej łazience wymieniają prysznice i nie miałem się gdzie umyć, więc przyszedłem tutaj.
– Kolejną męską łazienkę miałeś piętro niżej – warknęłam. ­– Przeszedłeś pół szkoły tylko po to, żeby spróbować mnie podglądnąć pod prysznicem?
– Ally – puknął mnie w czoło. – Wymieniają prysznice, co znaczy, że cały męski blok jest pozbawiony wody. Czasami w ogóle nie łączysz wątków – rzucił zaczepnie jednocześnie ściągając swoją koszulkę. Nie kryłam tego, że wpatruję się w jego nagie, wyrzeźbione od ćwiczeń plecy, a jemu wcale to nie przeszkadzało. Od dawna się znaliśmy, byliśmy sobie bliscy i żadne z nas nie wstydziło się siebie nawzajem. My po prostu uwielbialiśmy się przekomarzać. – I masz rację, miałem nadzieję, że uda mi się zobaczyć cię pod prysznicem.
– Zboczeniec! – rzuciłam w niego ręcznikiem.
Wszedł do jednej z kabin prysznicowych, a zaraz po tym wyrzucił za drzwi swoje spodenki. Przewróciłam jedynie oczami i zabrałam się za rozczesywanie swoich włosów. Nie chciałam suszyć ich suszarką, gdyż powietrze było wystarczająco gorące i suche, żeby same wyschły. Zanim Max wyszedł spod prysznicu, ja już skierowałam się w stronę pokoju. Rozwiesiłam mokry ręcznik na oparciu fotela i szybko znalazłam dla siebie jakieś letnie ciuchy. Ponieważ semestr się jeszcze nie rozpoczął i nie mięliśmy obowiązku noszenia mundurków, ubrałam szorty i top. Na nogi naciągnęłam trampki i gotowa do drogi, wyszłam z sypialni. Z uśmiechem na twarzy przemierzałam korytarz w dormitorium dla dziewczyn. Max tylko podczas wakacji miał jedyną okazję, żeby przejść się po dziewczęcych sypialniach bez żadnych przeszkód. Gdy do szkoły zaczynają zjeżdżać się uczniowie, automatycznie wejścia do dormitoriów są pilnowane i szkolne pary muszą się sporo nasilić, żeby dostać się do swoich pokoi. Ja byłam prefektem i miałam prawo chodzić wszędzie. Nie cieszyłam się jednak zbytnio ze swojego przywileju i traktowałam go po łebkach. Powinnam świecić przykładem dla innych uczniów, podczas gdy ja byłam nad wyraz zadziorna, uparta i dociekliwa. Zawsze lubiłam postawić na swoim.
Żeńska część niespecjalnie za mną przepadała. Miałam kilka dziewczyn, z którymi się przyjaźniłam, rozmawiałam i spotykałam, lecz reszta zawsze widziała we mnie rywalkę. Przede wszystkim były zazdrosne o Maxa. Jasnowłosy przystojniak często ze mną rozmawiał, śmiał się i chodził na zwiady gdyż był drugim prefektem. Jego dziewczyny były strasznie złe, że chodzę nocami z ich miłością, a wszyscy doskonale wiedzą, że byliśmy przez jakiś czas parą, więc wiele osób snuło jakieś plotki, że nocami robimy sobie schadzki w bibliotece na wiadome rzeczy. Wszystko to oczywiście było fałszem, a Max nigdy nie odważył się mnie dotknąć w jakiś erotyczny sposób. Wiedząc jak teraz zabawia się z dziewczynami cieszyłam się, że byliśmy przyjaciółmi. Czasami było mi przykro z tego powodu, jak traktuje dziewczyny, lecz… tak naprawdę każda go znała od dawna i wiedziały jaki jest. To był tylko ich problem.
Zeszłam krętymi schodami na parter, skąd szybko, głównym korytarzem, udałam się do jadalni. Wiedziałam, że tata znowu dzisiaj każe mi coś robić, więc wolałam od razu zjeść jakieś śniadanie, żeby później nie marudził, że robię sobie przerwy na jedzenie. To była właśnie wada z mieszkania na wakacjach w tym gmachu. Oprócz tego, że podczas semestru miałam naukę, to w czasie wakacji chodziłam i w kółko sprzątałam. Drażniło mnie to i bywały momenty, że uciekałam do lasu, ale zawsze później dostawałam reprymendę od dyrektora, czyli własnego ojca. 
Gdy zjadłam trzy bułeczki z dżemem z moreli oraz całość popiłam mrożoną herbatą, udałam się do gabinetu taty. Znajdował się na drugim piętrze tak jak pokoje dla nauczycieli. Bez zbędnego pukania weszłam do środka i podbiegłam do biurka, za którym siedział pan dyrektor.
– Dzień dobry, kochanie – powiedział nie podnosząc wzroku znad dokumentów, które podpisywał i czytał, a miał ich na biurku niemały stosik.
– Co będziemy dzisiaj robić? – zapytałam opadając na skórzany fotel.
– Dzisiaj mam papierkową robotę do załatwienia, a oprócz tego czekam na posłańca z dworu wampirów – westchnął spoglądając na duży zegar w rogu z kukułką i złotym wahadłem. Był już zabytkiem i wielokrotnie Harry oddawał go do naprawy. Nie chciał jednak go wyrzucać, gdyż był pamiątką rodzinną. ­– Poza tym muszę uporządkować biuro, nie mogę przecież rozpocząć semestru z takim bałaganem! Mam mnóstwo papierów sprzed pięciu lat, które nadają się jedynie do pieca. – uderzył otwartą dłonią w blat stołu. Po chwili jednakże podniósł na mnie swój wzrok i uśmiechnął się złośliwie – Ty natomiast razem z Maxem możesz przystrzyc trawnik, znowu jest za duży.
– Cały czas tylko kosimy trawnik! – oburzyłam się robiąc posępną minę.
– Skarbie to nie moja wina, że trawa rośnie, bo tak chce tego natura – zaśmiał się mój ojciec i odchylił się na fotelu.
– Znowu przyjedzie do ciebie ten fajtłapowaty listonosz? – zachichotałam pod nosem.
– Nawet jeśli na takiego wygląda, musisz pamiętać, że jest wampirem – upomniał mnie.
– Wiem tato, ale on go w ogóle nie przypomina – powiedziałam z uśmiechem, gdy przypomniałam sobie szczupłego, niskiego mężczyznę (wampira wampira i wampira ;P ), z ogromnymi okularami na nosie i z piegami wokół. Chodził zgarbiony i wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy. Nigdy w życiu nie uznałabym go za drapieżnika, gdybym nie miała o tym pojęcia. Aż zastanawiałam się, w jaki sposób on się żywi, bo nie mogłam uwierzyć w to, że taki fajtłapa mógłby złapać jakiegoś człowieka i wbić w jego szyję kły. Zawsze wyobrażałam sobie te bestie nieco inaczej, a tu takie coś…
– Cóż, we współczesnym świecie rzeczywiście strasznie upodabniają się do ludzi – wstał ze swojego miejsca i przeszedł do mahoniowego kredensu, gdzie postawił czajnik elektryczny z wodą. – Ale wampir zawsze pozostanie wampirem. Poza tym dwór wybrał właśnie takiego posłańca, żeby nasi rekruci nie zwracali na niego większej uwagi. Gdyby to był jakiś generał, który naprawdę wygląda jak drapieżnik, niektórzy mogliby się go bać.
– Możliwe – przyznałam rację ojcu. – Szczególnie młodsze pokolenie.
– Dokładnie – skinął głową. – Chcesz herbaty?
– Nie, dziękuję – odparłam spokojnie, a tata właśnie zalewał kawę. Wzięłam dużo powietrza w płuca i zaczęłam : – Kiedy będziemy mogli polować?
– Na upadłych? – dopytał, a ja skinęłam głową. – Póki co jesteś jeszcze rekrutką i nie masz żadnego obowiązku żeby zabijać.
– Ale ja nie chcę siedzieć bezczynnie – ciągnęłam dalej. – Ty miałeś piętnaście lat kiedy zamordowałeś pierwszego upadłego…
– Nie, Allyson – rzucił cierpko. – Zabiłem go, ponieważ zaatakował moją rodzinę. To było działanie w afekcie. Ty nie musisz już się wyrywać, spokojnie się wszystkiego naucz, zabijanie przyjdzie z czasem.
Spojrzałam na jego ostry wyraz twarzy i zasmuciłam się trochę. Nie uważałam się za lepszą od wszystkich, ale nie podobało mi się to, że dużo naszych ludzi ginie w walce z wampirami, a ja w żaden sposób nie mogę pomóc. Odnosiłam wrażenie, że poradziłabym sobie z tą bestią. Jestem szybka, zwinna i silna. Może to mogły być jedynie moje dziwne wyobrażenia, ale naprawdę nie chciałam siedzieć bezczynnie wobec tragedii, jaka ostatnio miała miejsce. Ta która pochłonęła kilku naszych nauczycieli i innych łowców.
– Więc, co tym razem napisałeś do dworu? – zapytałam zmieniając temat i spoglądając na swojego wysokiego i dobrze zbudowanego tatę.  
– Cóż, w tej sytuacji zgłosiłem im, że wokół naszej akademii kręcą się upadli, a ponad to poprosiłem, żeby przysłali kogoś, kto mógłby was szkolić – usiadł za biurkiem z parującym kubkiem kawy.
– Mięlibyśmy być uczeni walki przez dworskie wampiry?!
Nie kryłam swojego zdziwienia i zafascynowania. To mogło być najlepsze przeżycie, jakie kiedykolwiek dotąd miałam! Strażnicy królowej uchodzili za najlepszych, jeśli chodzi o znajomość sztuk walki, jeśli zaczną nas trenować, może być wspaniale! Już wyobrażam sobie, jak później będziemy łatwo mogli zamordować tych wstrętnych upadłych.
– O ile się zgodzą – wymruczał. – A teraz pędź do pracy.
Poderwałam się z fotela i szybko wybiegłam z jego gabinetu. Z uśmiechem na twarzy przebiegłam przez cały korytarz, a później schodami zeszłam na niższe piętro. Nie musiałam długo szukać przystojnej zguby i od razu, po odnalezieniu go zaciągnęłam chłopaka do pracy przy trawniku. Mruczał coś niezadowolony, podobnie jak ja, lecz miałam wtedy więcej czasu, żeby przemyśleć wszystko.
Razem udaliśmy się do niewielkiego składziku, skąd chłopak wyciągnął kosiarkę, a ja taczki, do których będziemy wrzucali skoszoną i zgromadzoną w koszu trawę. Anastasia już pracowała przy kwiatach, ponieważ uwielbiała tą pracę ( po przecinku - uwielbiała ta pracę) i trzeba było jej przyznać, że znała się na kwiatach i umiała o nie zadbać. Lubiłam tą dziewczynę, chociaż była mało rozmowna i zachowywała się jak socjopata. Pamiętam, że w pierwszej klasie niespecjalnie ją lubiłam, za jej specyficzny styl bycia. Przekonałam się jaka jest miła po tym, gdy odwróciły się ode mnie przyjaciółki. Na początku swojego szkolenia byłam naprawdę okropną osobą i wiele razy biłam się w piersi za to, co robiłam. Razem z fałszywymi przyjaciółkami nieco dręczyłyśmy inne osoby. Dopiero później, gdy zaczęło mi się układać z Maxem, dziewczyny z zazdrości odwróciły się ode mnie plotkując na mój temat na prawo i lewo. Zostałam wtedy sama i raptem kilka dziewczyn się do mnie odzywało. Tak zresztą zostało do tej pory. W obecnej chwili miałam więcej męskich znajomych, niż żeńskich, co dla mnie samej było ogromnym zaskoczeniem.
Już po kilku godzinach z lasu otaczającego akademię wyszli łowcy, którzy pilnowali wielkiego muru. W dzień byliśmy teoretycznie bezpieczni, gdyż upadli przebywając zbyt długo na słońcu palili się, jednak nocą wielokrotnie nie mogliśmy zmrużyć oka. Ja sama ciągle bałam się o innych i nikomu nie życzyłam śmierci. Wiedziałam, jak strasznymi bestiami są upadli i co potrafią zrobić z człowiekiem, dlatego jak najszybciej chciałam ukończyć szkołę i zacząć pomagać przy ich eliminacji.
Zaraz gdy Max zaczął kosić trawnik, ja zabrałam się za przycinanie jej w miejscach trudniej dostępnych dla maszyny. Robiłam sobie przerwy tylko po to, by wywieźć na taczce trawę, którą zgromadził chłopak. Wszystko trafiało do kompostownika, gdzie później służyła nam jako nawóz do małego ogródeczka, który również mięliśmy przy akademii. Czasami nie było czasu, żeby wyjechać po jedzenie do miasta, więc świeże owoce i warzywa były hodowane na miejscu. Chodziło również o to, by zaoszczędzić trochę pieniędzy, aby przeznaczyć je na potrzebny sprzęt do ćwiczeń, lub broń, której niestety stale nam brakowało. Harry dwoił się i troił żeby zdobywać pieniądze, oczywiście legalnie.
Po paru godzinach pracy, poszłam na stołówkę, skąd przyniosłam dwa schłodzone picia i cztery kanapki, ponieważ wiedziałam, że Max będzie jak zwykle głodny. Nie pomyliłam się w ogóle. Gdy tylko przyszłam z powrotem do ogrodu, siedział już pod drzewem i wycierał pot w koszulkę. Na mój widok od razu się uśmiechnął i wyciągnął rękę po picie i kanapkę, które szybko mu wręczyłam.
– Złota z ciebie dziewczynka – zaśmiał się. – Więc co tym razem wymyślił twój ojciec? – zapytał, gdy już usadowiliśmy pod drzewem podczas naszej przerwy. Był trochę spocony, a jego policzki zaróżowiły się od słońca. Ponad to  w kowbojskim kapeluszu wyglądał niezwykle pociągająco, jak zawsze zresztą. Miał ten swój urok. – Jak w tym roku będziemy trenować, skoro zginęło kilku naszych nauczycieli?
– Cóż – przysunęłam się bliżej chłopaka, żeby nie musieć mówić głośno. – Napisał list do dworu, czy nie mogliby przysłać nam kilku wampirów do trenowania nas.
– Serio? – blondyn zrobił duże oczy i przez chwile wyglądał tak, jakby był szczerze zmieszany. – I jak ci się ten pomysł podoba? Ja nie chciałbym trenować z dworskimi wampirami.
– Nie wiem – wzruszyłam ramionami. – A ja za to bardzo chętnie chciałabym się czegoś od nich nauczyć. Zastanawiam się jacy są naprawdę, jak się zachowują…
– Jak snoby i skończeni kretyni – podsumował mnie Max, przez co mina mi trochę zrzedła. – Oni nie są tacy grzeczni jak ja i od razu zaciągają kobiety do łóżka. Ba! Nawet małe dziewczynki. Tata opowiadał mi, że nie obchodzą ich dziewczęta, a każdy wampir, któremu nie urodzi się syn, jest pośmiewiskiem dworu. Mają umysł na poziomie średniowiecza.
– Nie wiem co o tym wszystkim myśleć – poprawiłam kucyka na głowie i upiłam trochę wody. – Na pewno nie będziemy mieć z nimi bliższego kontaktu, ale treningi mogą być ciekawe.
– Oby – mruknął i jednym kęsem odgryzł prawię połowę kanapki. – Wolałbym, żeby pokwapili się i przysłali jakiegoś ich generała, albo chociaż strażników, którzy przypominają wampiry. Już wysłali nam posłańca, którego można by zabić samym wzrokiem.
– Tata twierdzi, że wysłali takiego, żeby nasi najmłodsi rekruci się go nie obawiali – wzruszyłam ramionami i ugryzłam swoją kanapkę.
– Według mnie każdy z nas powinien oswoić się z tymi potworami, a nie unikać ich.
– Dlatego właśnie uważam, że te lekcje będą czymś świetnym.
– Miejmy nadzieję.
Dokończyliśmy naszą przekąskę, popiliśmy wodą i wstaliśmy z trawnika. Max ściągnął koszulkę, wytarł w nią swój pot i rzucił w moim kierunku, a ja starannie uniknęłam zderzenia z jego zapachem. Jego uśmiech zrobił się jeszcze bardziej szeroki. Włożył do ust źdźbło trawy, poprawił kapelusz na głowie i odpalił maszynę rozpoczynając dalsze pokonywanie trawki. Ja również zabrałam się do pracy, choć przyznam szczerze ogromnie mi się nie chciało, zwłaszcza, że było tak upalnie. Pot lał się z nas strumieniami, a słońce niemiłosiernie dogrzewało męcząc dodatkowo nas wszystkich.
Podczas przycinania jednego z krzewów obserwowałam jak nasi łowcy przechadzają się po murze wyszukując czegoś w lesie. Taka praca najmniej mi się podobała, ale ktoś zawsze musi stać na czatach i pilnować bezpieczeństwa innych. Ja wolałabym wyruszyć na pole walki i starać się przeżyć w tym trudnym świecie.
Pod koniec tamtego roku szkolnego, przez nieuwagę jednego ze strażników, do szkółki wpadło kilkoro z upadłych. Jak dziś pamiętam to, co wydarzyło się tamtej nocy. Stałam z Maxem i Jasonem na balkonie w pokoju gościnnym i z przerażeniem oglądaliśmy rzeź, która miała miejsce pod naszymi nogami. Mięliśmy absolutny zakaz schodzenia na niższe piętro i jedyne co mogliśmy zrobić, to rzucać jakimiś rzeczami w upadłych, żeby jakoś ich zranić. Widzieliśmy jak szybkie i silne są te bestie i jak łatwo rozrywają naszych nauczycieli wypijając ich krew. To było straszne i wciąż wiele osób nie otrząsnęło się po tej tragedii. Z tego względu, w tym roku w akademii będzie mniej uczniów.
  Gdy zbliżyła się pora obiadu, zostawiliśmy swoje przyrządy i udaliśmy się na stołówkę, gdzie szybko nałożyliśmy sobie pełne talerze jedzenia. Byliśmy głodni niczym wilki. Mój talerz wypełniony był frytkami, kawałkiem mięsa, sosem grzybowym i jeszcze surówką. Danie mojego przyjaciela składało się wyłącznie z mięsa i sosu na nim. Talerz z frytkami miał obok i wcale nie myślał o czymś z warzyw. Wbił widelec w sam środek mięsa i łapczywie obgryzał je z każdej strony na zmianę z frytkami, a ja się z niego jedynie śmiałam.
– No co? – zapytał z pełnymi ustami. – Jestem głodny!
– Nic przecież nie mówię – zachichotałam. – Gdzie ty to wszystko mieścisz?
– Od razu zamieniam to w mięśnie – odparł i napiął swojego bicepsa, żeby mi udowodnić swoje słowa. Przewróciłam jedynie oczami i zaczęłam jeść swoją porcję.
– Allyson? – w jadalni nagle pojawił się tata. – Jak skończysz, przyjdź do mojego gabinetu.
Skinęłam głową i posłałam Maxowi znaczące spojrzenie, a on również ze zdziwieniem na twarzy popatrzył się na mnie. Ton głosu Harrego, był nieco niepokojący. Skończyłam jednak jeść, a gdy to zrobiłam, wstałam z krzesła, wzięłam swój brudny talerz i odniosłam go do kuchni. Następnie wyszłam z jadalni i udałam się po schodach na piętro, prosto do jego gabinetu. Kiedy weszłam do środka, niemalże potknęłam się na leżących pudłach, którymi było wypełnione całe pomieszczenie. Jedne były z papierami, inne z albumami, jeszcze inne ze zwykłymi rzeczami. Pomiędzy nimi siedział dyrektor Slade i wpatrywał się w zdjęcie, które trzymał w dłoni. Widząc smutny wzrok swojego taty, domyśliłam się, że musiał patrzeć na portret mamy.
Zbliżyłam się do jednego pudła i przykucnęłam przy nim, jednocześnie zaglądając do środka. Moją uwagę przykuł duży, wykonany z ciemnego drewna i ozdabiany srebrnymi ornamentami kołek.
– O co chodzi, tato? – zapytałam, nie odrywając wzroku od pięknej rzeczy. 
– Postanowiłem wszystko uprzątnąć, jak widzisz – mruknął pod nosem, prawie niezrozumiale. – Te wszystkie rzeczy stale mi o niej przypominają. Twoja matka była wspaniałym łowcą.
– Chcesz to wyrzucić? – ciągnęłam z wyrzutem.
– Wyrzucić? – spojrzał na mnie z szeroko otworzonymi oczami. – Nigdy w życiu. Przeniosę je na strych, żeby spokojnie tam sobie leżały.
– Aham – skinęłam głową. – Skąd mama miała taki kołek?
– Dostała od swojego ojca – Harry zbliżył się do mnie powoli. – Zabija wampiry i wilkołaki.
– Niesamowity – westchnęłam obracając go w palcach. Mimo wielokrotnego użytku, ostrze nie stępiło się i nawet teraz uważałam, żeby się przypadkiem nie skaleczyć.
– Weź go. Wkrótce zakończysz szkołę, będziesz musiała się czymś bronić. – skinęłam głową i popatrzyłam w jego zielone tęczówki. – Oprócz tego, mam jeszcze coś dla ciebie.
Odsunął się do biurka, z którego zabrał niewielkie czarne pudełeczko, takie jak te, w których trzyma się biżuterię. Zbliżył się i otworzył wieczko, a moim oczom ukazał się piękny, srebrny smok. Widziałam go już wcześniej, na szyi Sary.
– Powinnaś go nosić.
– Będę – przejechałam delikatnie opuszkami palców, po pięknym srebrze.
Tata wyjął go z opakowania i zapiął mi na szyi. Zaraz po tym mocno się do niego przytuliłam i pozwoliłam, żeby łzy spłynęły po mojej twarzy. Nie zdejmę go choćby na moment, należał w końcu do mojej mamy, taką miałam po niej pamiątkę. Poczułam ciepłą dłoń swojego ojca na głowie, a uścisk między nami zrobił się mocniejszy. Wiedziałam, że troszczy się o mnie jak tylko może i nie chciałam, żeby musiał cierpieć przeze mnie. Z drugiej jednak strony, nie chciałam być też tak bardzo zależna od niego… miałam rozdarte serce.
– Nie wierzę, że to już ostatni rok – złapał mnie delikatnie za ramiona, by spojrzeć mi w oczy. – Nie pamiętam nawet, kiedy moja mała Ally, stała się kobietą.
– Tato… – jęknęłam.
– Jesteś do niej strasznie podobna – uśmiechnął się. – Kocham cię, słonko.
– Ja ciebie też, tato.
Wyszłam z jego gabinetu poruszona do łez, ale też szczęśliwa. Żeby trochę ochłonąć, wyszłam ze szkoły i po cichu zakradłam się do lasu, po północnej części. Przeszłam się wzdłuż strumyka, następnie przeszłam po niewielkiej kładce, a stamtąd przeszłam prosto do starej altanki w środku lasu. Usiadłam na ławce, odpięłam smoka i przez długi czas wpatrywałam się w niego. Pamiętałam każdy szczegół, z tamtego dnia, w którym zginęła mama. Widziałam, jak szarpie się z upadłym, gdy ten zatopił swoje kły w jej szyi, rozdzierając ją na pół. Nigdy sprzed oczu nie zniknie mi obraz, jej przestraszonej twarzy. Nie zapomnę również tego, jak bardzo piszczałam na bestię, żeby puściła moją mamę.
Kilka słonych łez spłynęło po moim policzku. Właśnie dlatego chciałam wyrywać się ze szkoły. Chciałam zemścić się na nich za to, że odebrali mi matkę. Oni nie zasługiwali na to, żeby w ogóle chodzić po ziemi.

  Hej Misiaczki :* Co tam u Was? :D
  Rozdział miałam wstawić w piątek, ale dzisiaj dostałam dużą wenę i udało mi się go skończyć. Jak zauważyliście, jest on znacznie krótszy od poprzedniego. Dlaczego? Już wyjaśniam, ciężej mi się piszę dziewczyną niż facetem XD Przeglądnęłam wszystkie rozdziały jakie mam i każdy Dylana ma minimum 10 stron, a Allyson tak 5-8 max ;-;
  Będę się tak bawić ze stroną opisującą :D Najwięcej oczywiście będzie Dylana i Ally, ale znajdą się również wtrącenia ze strony Jaspera, albo innego ważniejszego dworzanina :) Nie będą to długaśne rozdziały, ale myślę, że mogą być ciekawym urozmaiceniem :D
  No dobrze, co sądzicie na temat nowej bohaterki? :D Przypomina starą? Oby nie ;-; Piszcie co ciekawego zauważyliście :P Jestem bardzo ciekawa xD no i nie zdenerwuję się, jeśli ktoś by mi coś rzekł, na temat błędów :D
  Pozdrawiam :* 

niedziela, 18 września 2016

Ciężki czas :C

  Tak wiem, pisałam, że rozdział może być w piątek, a jego nie ma. Nie było mnie również na waszych blogach, przepraszam. Nie mam czasu w tym tygodniu, szykuje mi się przynajmniej kilka kartkówek i jeden sprawdzian, dlatego siedzę i zakuwam ;_; Przepraszam wszystkich jeszcze raz :C