czwartek, 10 listopada 2016

Rozdział 2.2

Spokojnie przemierzałem las, który rósł od wieków wokół pałacu. Słońce wysoko świeciło nade mną, więc nie musiałem obawiać się tego, że kogoś spotkam na swojej drodze, ponieważ większość mądrych wampirów o tej porze, śpi szczelnie ukryta przed światłem. Ja natomiast nie mogłem zasnąć, z tego też powodu postanowiłem się powłóczyć tu i ówdzie. Byłem głodny, a pokoje karmicieli w dzień były zamknięte, natomiast wszystkie moje służące znajdowały się w komnacie, a nie przy mnie. Gdy żyłem między ludźmi, mogłem każdego dnia do syta napełnić żołądek i niczym nie musiałem się przejmować. W świecie śmiertelników nie miałem trudności ze złapaniem jakieś kobiety, zaciągnięciem jej do łóżka, aby później potraktować ją jak przepyszne danie główne, a czasem dociągnąć to nawet do kolacji. Śmiertelniczki, które nie znały mojej historii, chętnie ulegały mojemu udawanemu urokowi. Kobiety kochały i doceniały dżentelmenów, lecz nigdy nie potrafiły się oprzeć urokowi tych dzikich i niegrzecznych samców. Wiedziałem, że wykorzystywanie kobiet w niecnych celach nie jest tym, czym można się chwalić, ale zawsze lubiłem gryźć je i patrzeć na ich stan błogości, niż zabijać mężczyzn tylko i wyłącznie z potrzeb głodowych.
Zastanawiałem się nad tym, co mogłem spotkać w szkółce łowców, gdy wyślą mnie z papierami. Nie byłem zbyt dobrym dyplomatą i nie wiedziałem, co w ogóle powinienem powiedzieć żeby się z nimi przywitać. Tutaj na dworze każdy mnie znał i nie miałem tych sytuacji, w których taktownym było coś powiedzieć, lecz nie miało się pojęcia co. Czułem natomiast, że u łowców właśnie tak będzie. Będą patrzeć na mnie jak na lwa, który wyszedł z klatki i wszedł w stado spokojnie, pasących się gazel. Niby podpisaliśmy ze sobą pokój, jednakże tyle lat polowania na siebie nie da się od tak wymazać z pamięci. Może rekruci nie będą mieli aż takiego uprzedzenia do mnie, co starsi doświadczeni łowcy.
Z rozmyślań wyrwał mnie stłumiony dźwięk dziewczęcego krzyku. Ze zmarszczonym czołem próbowałem określić jego źródło, lecz musiałem zaczekać dopiero na następny, równie stłumiony krzyk, żeby wiedzieć w którą stronę się udać. Najwyraźniej kolejna panna dworu była w potrzebie, ponieważ wybrała się na spacer i złamała obcasik w lesie. Moim obowiązkiem było natomiast niesienie pomocy damom, choć tak naprawdę nigdy nie lubiłem robić za niańkę. Kobiety jak i mężczyźni zamieszkujący ten obszar, należeli do ludzi straszliwie nieporadnych, w wielu kwestiach.
Ze znużonym wzrokiem, rękami w kieszeniach i lekkim garbem, szedłem w kierunku miejsca jęków. Mijałem kolejne krzaki i drzewa uważając na to, by nie wpaść w żadną pajęczynę. Nie chciałem nikomu pomagać, dlatego ociągałem się trochę, lecz im bliżej byłem, tym ostrzejszy stawał się zapach krwi. Bardziej jednak zmartwiło mnie to, że wyraźnie czułem krew wampira ze szlachetnej rodziny. Była to słodka i delikatna woń z wyczuwalną energią, to nie mogło być coś błahego. Napiąłem mięśnie, wyostrzyłem swoje zmysły i cicho zbliżyłem się do miejsca tragedii. To co tam ujrzałem z pewnością nie należało do tych śmiesznych przygód panien.
– Puszczaj mnie!
Jeden z wampirów, który nawet nie należał do rodziny szlacheckiej, szarpał się ze złotowłosą dziewczyną, którą niedawno uratowałem. Próbował zedrzeć z niej ubrania, raniąc ją przy tym pazurami i śliniąc się na widok każdego odsłoniętego fragmentu ciała. Nie czekałem na rozwój wydarzeń, tylko szybko wyskoczyłem zza krzewów i złapałem wampira za szyję, aby zaraz odsunąć go od zmaltretowanej dziewczynki. Zaczął w agonii szarpać się ze mną wściekle. Wyglądało na to, że jego wewnętrzna bestia przejęła kontrolę nad rozumem, co nawet mi się podobało, dlatego, że zawsze lubiłem walki ze zwierzęcymi instynktami. Złapałem go za gardło i jednym silnym ruchem wybiłem mu szczękę. Nie poddawał się mimo to i zaczął wymierzać mi ciosy pięściami, które śmigały wokół mojej głowy tworząc jedynie rozmazaną plamę. Bez problemów ich unikałem i sam oddawałem idealnie wymierzone uderzenia, raz w głowę, raz w brzuch i boki. Przeciwnik w końcu podczas cofania, potknął się o kłodę i zachwiał na nogach. Wykorzystałem ten moment i zadałem mu cios nogą w klatkę piersiową, przez co z impetem uderzył, a raczej wbił się w ziemię. Pochyliłem się nad nim, złapałem go za ubranie i podniosłem do góry tuż nad głowę. Następnie zamaszystym ruchem cisnąłem całym jego ciałem w pobliskie drzewo. Widziałem zaćmę w jego oczach, opadającą głowę oraz bezwład w jego kończynach. Odsunąłem się szybko od gwałciciela, spojrzałem na złotowłosą i ruszyłem w jej kierunku, aby ją ratować, znowu. Po kilku krokach poczułem wbijające się pazury w moją głowę z prawej strony, co było cholernym zaskoczeniem dla mnie. Wampir objął moją szyję ramieniem dusząc przy okazji, a drugą ręką szarpał moją głowę. Szybko złapałem go za kark i wbiłem w niego swoje pazury, co sprawiło, że jego uścisk drastycznie zelżał. Szybko cofnąłem się kilka kroków i uderzyłem plecami mężczyzny w drzewo, a następnie wyszarpałem z jego uścisku czując, jak odrywa się kawałek skóry od mojej głowy. Poleciałem na ziemię, ale szybko złapałem równowagę i spojrzałem złowrogo na przeciwnika. Kępka moich włosów tkwiła w łapie gwałciciela, który z zadowoleniem na twarzy i dzikością w oczach wpatrywał się we mnie, gdy podnosiłem się z ziemi. Przejechałem dłonią tuż nad uchem, w miejscu z którego wydarł mi włosy, razem z kawałkami skóry. Poczułem ciepłą krew, która powoli zaczęła spływać w dół. Popatrzyłem krwistymi ślepiami na wampira, który to zrobił i zacząłem pałać do niego szczerą nienawiścią.
– Może przyjdzie mi być sławnym, za pokonanie Denvera – zaśmiał się oblizując wargi.
Przystawił do nosa kępkę moich włosów, aby zaraz zaciągnąć się zapachem. Zdenerwowało mnie to, a na dodatek zadziałało jak czerwona płachta na byka. Traktował mnie jak swoją ofiarę, a to nie wchodziło w grę. Nigdy żaden wampir nie będzie traktował mnie jak ofiary.
Zacisnąłem mocno pięści, a paznokcie, które przekształciły się w pazury, poraniły moją skórę. Czułem szybszy puls swojej krwi w żyłach i budzącą się do życia energię, którą do tej pory tłumiłem. Wiedziałem, że używanie jej przeciwko innemu wampirowi było zakazane, ale nie miałem zamiaru pozostać biernym wobec takiego wyzwania i zniewagi. Mój przeciwnik potrząsnął głową kilka razy i napiął się gotowy do ataku. Jego czerwone ślepia wpatrywały się we mnie wyzywająco, a piana sączyła się z jego ust. Żyły pojawiły się na jego ciele, jego ciało zrobiło się bledsze, a włosy nastroszyły się jak u drapieżnika. Kochałem ten zwierzęcy instynkt! Wystawiłem swoje kły na wierzch i zawarczałem na niego uważnie śledząc każdy ruch.
– Rozszarp go! ­– usłyszałem w swojej głowie. – Jesteś od niego lepszy!
Nie miałem pojęcia skąd takie myśli i głosy napłynęły do mojej głowy, ale były cholernie motywujące. Pochyliłem się opierając jedną rękę na ziemi i wciąż jak kot wodziłem za przeciwnikiem, który krążył przede mną. Widząc nagły przypływ energii w jego ciele domyśliłem się, że zamierza zaatakować. Zrobiłem więc to samo. Napiąłem się i ruszyłem z ciosami. Skutecznie ich unikał cały czas zwiększając dystans między nami, lecz za każdym razem osaczałem go. Gdy kolejny raz na niego natarłem, wykonał perfekcyjny unik, który cholernie mnie zaskoczył, a później z całej siły uderzył pięścią w mój brzuch, pomagając sobie energią, która przeniknęła przez wszystkie moje mięśnie. Odleciałem w tył i uderzyłem o drzewo, a z ust wypłynęło mi trochę krwi. Jego energia była słabsza od mojej, ale jednak ten cios był dotkliwy i na chwile odebrał mi zdolności do logicznego myślenia. Kiedy otrząsnąłem się z bólu, zdołałem zrobić jedynie unik, przed nadchodzącym ciosem. Złapałem pobliski kij i rzuciłem nim jak włócznią w przeciwnika. Gdy był jeszcze w locie, ruszyłem biegiem w kierunku faceta, który robiąc unik przed drewnem, nie spodziewał się mojego ataku. Złapałem jego twarz w swoją dłoń i wbiłem w nią pazury, żeby nie wyślizgnął mi się. Pędząc razem z nim, cisnąłem jego głową w pobliski kamień, który aż pękł od siły uderzenia. Chwile ciszy, kurzu i wszechobecna woń krwi uświadomiły mnie, że to już koniec. Między palcami spływały mi fragmenty czaszki i mózgu mieszające się z czerwoną krwią wampira. Jego zmiażdżona głowa wyglądała komicznie, a wytrzeszczone gałki oczne właśnie wypływały z jego oczodołów!
Uśmiechnąłem się złośliwie wystawiając swoje kły i wypuściłem resztki plebsu z ręki. Starannie wytarłem krew w jego ubranie, a następnie zbliżyłem się do zapłakanej, bladej i zszokowanej lady Felton.
– Wasza wys… – wyszeptała cichutko. Wpatrywała się w moją twarz z przerażeniem, które było wyczuwalne nawet w powietrzu między nami. Po jej alabastrowej skórze, spłynęło kilka łez, a jadeitowe oczy stały się prawie niemożliwie ogromne.
– Czy ty nie potrafisz siedzieć w domu za dnia?! – warknąłem na nią, przez co od razu cofnęła się pod pobliskie drzewo. Po walce krew się jeszcze we mnie gotowała, a dodatkowo brzuch cholernie mnie bolał, więc nie miałem zamiaru szczędzić sobie słów na tej młodej dziewczynie. – Drugi raz cię muszę ratować!
– Przepraszam, wasza wysokość… – jęknęła żałośnie. Śmierdziała tym cholernym strachem. Jak każda z tych wszystkich, rozpuszczonych damulek, drżała i płakała na mój widok, nawet wtedy, gdy je ratowałem. A wkurzało mnie to, ponieważ musiałem dosyć często je ratować. W zamian za to nigdy nie otrzymałem ciepłego spojrzenia, skromnego pocałunku w policzek, czy chociażby szczerego ,,dziękuję”. Zawsze tylko ten przerażony wzrok, łzy i jęki. – Nie chciałam sprawiać problemów!
– Po co więc wyszłaś?! – W jednej chwili doskoczyłem do niej i położyłem swoją dłoń na korze drzewa, tuż przy jej głowie, żeby miała ograniczone ruchy. – Wydaje mi się, że na siłę szukasz guza, Laurel.
– Nie… ja tylko… – potrząsnęła głową.
– Co? – złapałem ją mocno za rękę, co sprawiło, że popatrzyła się na mnie. Usta jej drżały i całe zsiniały, a słodki zapach jej ciała wtargnął w moje nozdrza. – Czy rozumiesz chociaż, co on próbował ci zrobić?
– Rozumiem – spuściła głowę i pociągnęła nosem. – Przepraszam, książę. Nie chciałam sprawiać problemów… ja… ja tylko chciałam coś sprawdzić…
– Już ja się o to postaram, żebyś się więcej nie wygłupiała – dodałem na koniec, przez co znowu napotkałem to błagalne spojrzenie z jej strony. – Twój ojciec, a nawet najstarszy z was, dowie się co zrobiłaś, nie mam zamiaru znowu ratować ci życia i potajemnie odstawiać do domu. Pierwszym razem obiecałem ci, że nic nie powiem twojemu ojcu, teraz tak nie będzie.
– Dlaczego?! – złapała się mojego płaszcza i przycisnęła swoją głowę do mojej piersi, dlatego szybko odsunąłem się wyrywając się dziewczynie. – Dlaczego chcesz to zrobić? Ja chcę być silna, chcę walczyć, chcę pokonać swoje słabości…
– Pokonujesz je w ten sposób, że niemalże umierasz ze strachu na spłoszonym rumaku i pozwalasz się gwałcić?! – mruknąłem ponuro i dobitnie. Następnie złapałem kilka strzępków jej bluzki, spod której wystawał biały koronkowy stanik. – Spójrz na siebie! Gdybym zjawił się tu kilka minut później, ten facet kończyłby z tobą. Byłabyś martwa, rozumiesz?! Martwa! 
– No przepraszam! Staram się! – szarpnęła moim płaszczem, ponownie. Łkała żałośnie i głośno, dlatego byłem pewien, że już wkrótce zejdą się tutaj strażnicy. Nie chciałbym, żeby zastali mnie w takiej sytuacji z małolatką. Musiałem w jakiś sposób dbać o swoją reputację, a historyjka, że spotykam się za dnia z trzynastolatką mogłaby szybko zyskać popularność wśród szlachty, a ja czegoś takiego nie potrzebowałem.
– Twoje cele i marzenia nie są moim zmartwieniem – odpowiedziałem ponuro powoli odzyskując kontrolę nad sobą. Złapałem ją za nadgarstki i uwolniłem się z jej uścisku. Następnie ściągnąłem z siebie płaszcz, zarzuciłem go na ramiona lady Felton i spiąłem z przodu złotą klamrą, żeby zasłonić jej rozerwaną bluzeczkę. Sam jednak wcześniej spoglądnąłem na niezwykle delikatne, jasne ciało młodej kobiety. – Nie bądź naiwna, w tym świecie nie ma dla ciebie miejsca.
– Mógłbyś mnie wprowadzić w ten świat – szepnęła z nutką nadziei, wciąż patrząc się na mnie tym błagalnym wzrokiem. Jej oczka świeciły się, a mina wyrażała jedynie naiwność. Jeśli sądziła, że się zgodzę, to była w niemałym błędzie. Po pierwsze byłem zbyt leniwy, by kogokolwiek uczyć, w dodatku za darmo! Po drugie nikomu nie chciałem zdradzać tajemnic swojego geniuszu. Wtedy mogliby mnie uznać, za osobę, która nie do końca ma wszystko po kolei w głowie. – Znam twoją historię, wiem, że uciekłeś z dworu żeby zabijać, chcę zrobić to samo!
– Twoim obowiązkiem nie jest zabijanie, Laurel – stuknąłem ją palcem w czoło. – Twój ojciec chce żebyś wyszła za mąż. I przestań studiować moją historię, powinnaś zająć się czymś innym.
– Ale ja chcę…!
– A kogo obchodzi to, czego ty chcesz?! – uciąłem. Niemożliwe, żeby trzynastolatka żyła jeszcze w przekonaniu, że tupnie nóżką i powie czego żąda. Weszła w okres dojrzewania, o jej przyszłości decydował teraz jej ojciec, a nie kaprysy. Czy tak ciężko było to zrozumieć? Dlaczego każda panna miała z tym problem, skoro było to faktem ogólnym i znanym? Czy naprawdę wydawało im się, że są na tyle ważne, by mogły coś zmienić? Przykro mi, biedny, żeński rodzaju, ale nie jesteście takie cenne! Nie w naszym świecie, nie w tej hierarchii i nie w tych rodach. Od dwudziestu wieków kobiety podlegały czystokrwistym i nic, ale to nic, nie zapowiadało się na to, że zyskają jakieś prawa. Nie zyskały ich nawet po tym, jak kobieta objęła tymczasową władzę. Tym bardziej ja, podczas swojego przyszłego władania, nie miałem zamiaru brać pod uwagę kobiet. Cóż mi było po nich? Nie lubiły walczyć, nie znały się na polityce, nie rozumiały konfliktów, ani nie wiedziały jak pomnożyć zyski. Nadawały się jedynie do sprawiania przyjemności mężczyznom, choć i tak nie radziły sobie z tak łatwym zadaniem. Między innymi to dlatego wampiry lubiły wypady na ludzkie kobiety. One zawsze potrafiły czymś zaskoczyć, postawić się, uwieść. Miały wszystko czego brakowało u wampirzyc.
Jadeitowe oczy otworzyły się szeroko i napłynęły do nich łzy. Miliony myśli przelatywały przez jej głowę, a emocje tworzyły prawdziwą wrzawę w małym, kruchym ciele. Wygląda na to, że sprowadziłem biedną księżniczkę z powrotem na ziemię i sam nie wiedziałem, czy było to odpowiednim momentem. To nie ja powinienem mówić o takich rzeczach, a rodzice. Zawsze musiałem odrobić tą ,,czarną” robotę za innych…
– Jak mogłeś…? – rzuciła złowieszczo, a jej oczy zwęziły się nieco.
– Uspokój się w końcu i przestań szukać adrenaliny tam, gdzie nie powinnaś. – spiorunowałem ją wzrokiem. Na moje szczęście, słyszałem zbliżających się strażników, co oznaczało, że zostanę wybawiony od tej małej gówniary. – Wróć na ziemię, marzycielko. Twoim zadaniem jest spełnienie obowiązku wobec rodziny, a nie zabawa w zabójcę.
– Wasza wysokość! – zawołał jeden z przybyłych strażników. – Co tu się stało?
– Lady Felton została zaatakowana – mruknąłem beznamiętnie wciąż nie odrywając swojego wrogiego spojrzenia, od małej złotowłosej dziewczynki. – Zaprowadźcie ją do rezydencji – rozkazałem, a mężczyźni popatrzyli po sobie, lecz później odpowiedzieli:
– Wedle rozkazu.
– I zabierzcie ciało sprawcy do laboratorium Denverów – dodałem pospiesznie. – Przekażcie, że to prezent ode mnie, dla Henrego. Trzeba się dowiedzieć kto ośmielił się zaatakować czystokrwistą wampirzycę.
– Dlaczego to robisz? – ciągnęła dalej młoda dama. Przewróciłem oczami i wcisnąłem niedbale ręce w kieszenie, co oczywiście było oznaką braku szacunku i ignorancji wobec rozmówcy, ale właśnie to chciałem jej przekazać. – Jak chcesz znaleźć sobie żonę, skoro zachowujesz się jak dupek?
– Po pierwsze to z takimi stwierdzeniami nie wyskakuj do swojego księcia. Po drugie, nie szukam sobie żony, jak widać. Gdybym tak bardzo potrzebował takiej kuli u nogi, uwierz mi, przykułbym ją sobie, a nie zwlekał.
– Nie udawaj. Cierpisz z tego powodu, że żadna cię nie chce, ale sam im dajesz powody do tego, by…
– Dość! – przerwałem jej ostrym tonem. – Nie udawaj specjalistki od moich uczuć i emocji. Jak śmiesz w ogóle wyskakiwać do mnie z takim tonem?! – napiąłem się, przez co dziewczynka nieco przestraszyła się. – Zapomniałaś może kim jestem, a kim ty jesteś dla mnie? Lepiej uważaj, Laurel, bo posiadanie wrogów w rodzinie królewskiej to nie przywilej!
– Przepraszam… wasza wysokość – spuściła wzrok.
– Straż – wyprostowałem się, a mężczyźni na zawołanie zbliżyli się do mnie. – Odprowadźcie lady Felton do domu i przekażcie jej ojcu, że książę chce się z nim osobiście widzieć.
– Tak jest, wasza wysokość.
Dwóch, z czwórki strażników podeszło do zwłok, które następnie wzięli ostrożnie i szybko zniknęli między drzewami. Pozostała dwójka utworzyła eskortę wokół Laurel, która na szczęście nie stawiała oporów i poszła razem z nimi w kierunku domu. Widziałem jak pojedyncze łzy spływają po jej policzkach i byłem nawet z tego zadowolony. Za dużo sobie pozwoliła i gdyby nie to, że należy do rodu Feltonów, szybko bym ją ukrócił. Kobiety bowiem należały do istot, które łatwo można było złamać i sprowadzić na odpowiedni tor, a tej buntowniczce przydałoby się skrócić smycz. Jej ojciec wspominał coś o tym, że jest niezwykle delikatna i spokojna, a ja widziałem w niej ten złowrogi charakterek Hetfordów, który odziedziczyła po matce. Jak dotąd nikt z rodziny Feltonów nie myślał o tym, by bawić się w kogoś od zabijania, oni specjalizowali się w leczeniu.
Z rozmyślań wyrwał mnie dźwięk z dzwonnicy pałacowej. Wszystkie wampiry już wkrótce dowiedzą się, że ktoś zaatakował czystokrwistą wampirzycę, a ja w całkiem piękny sposób go zgładziłem. Przypominając sobie o tym spojrzałem jeszcze na kamień, w którym było potężne wgniecenie po głowie mężczyzny. Oprócz tego cały pokryty był krwią i resztkami jego czaszki.
A miałem ograniczyć morderstwa, prychnąłem na siebie w myślach.
Dziadek nie byłby dumny.
Z kocim uśmiechem wcisnąłem ręce w swoje czarne jeansy i ruszyłem pewnym krokiem w kierunku pałacu. Minąłem drzewa i wróciłem na ścieżkę, którą udałem się prosto do domu. Już z daleka widziałem pędzących radnych, dlatego zatrzymałem się w cieniu, tuż za jednym z wysokich, starych dębów i obserwowałem nadciągającą szlachtę. Niektórzy okryci byli jedynie szlafrokami, inni jakimiś niedbałymi ubraniami i oczywiście większość miała okulary przeciwsłoneczne, jakby odrobina słońca miała wypalić im oczy. Logicznym było, że jeśli wilki zaatakują, zrobią to w dzień, a gdy okażę się, że większość wampirów będzie udawać to, jak wielce płonie od jednego promienia słońca na swojej skórze, to wkrótce wszyscy zginiemy i całą moją robotę i starania szlag trafi.
Wszyscy pochylili się nad zwłokami zamordowanego, żeby dokładnie im się przyjrzeć, strażnicy natomiast opowiadali to, co zobaczyli gdy przyszli na miejsce. Wolałem nie wychodzić teraz ze swojego ukrycia i ryzykować tym, że będę musiał jakoś tłumaczyć się ze swojego czynu. Byłem czystej krwi, on jedynie szmatławym wampirem, miałem prawo go zabić nawet z czystego kaprysu. Wiedziałem, że już wkrótce wszystkie służby zostaną postawione do pionu, a miejsce zbrodni zostanie dokładnie zbadane, podobnie jak teren wokół lasu, dlatego postanowiłem jak najszybciej ewakuować się z tego miejsca. Cofnąłem się w las, a następnie szybko okrążyłem pałac, aby znaleźć się jak najbliżej swoich komnat. Przebiegłem przez ogrody, przeskoczyłem przez dwie fontanny, a następnie wskoczyłem na posąg Christophera, od którego odbiłem się i zgrabnie wskoczyłem na balustradę. Wbijając trochę pazury w gzyms, wspiąłem się na trzecie piętro, na swój balkon. Pchnąłem szklane drzwi i wszedłem do środka. Zatrzasnąłem je za sobą i zasłoniłem wkurzające mnie słońce grubymi kotarami. Gestem dłoni wygoniłem służące z komnaty, a następnie ściągnąłem koszulkę, rzuciłem się na swoje ogromne, wyścielane wilczymi skórami łóżko i uśmiechnąłem się. Położyłem się w najwygodniejszej pozycji i jeszcze pogłaskałem martwy, wypchany, łeb wilka ze sztucznymi ślepiami i otwartą paszczą pełną kłów. Jedno z najlepszych trofeów, jakie miałem – przywódca watahy Białych Kłów. Może nie byli tak silni, jak te czarne wilki, ale za to mieli na tyle ładne futro, by mogło elegancko zdobić moją alkowę. Zadowolony z siebie schowałem głowę w poduszki i udałem się na upragniony spoczynek.
Następną noc rozpocząłem od kąpieli, w której siedziałem już przeszło godzinę, a służba jedynie dolewała gorącej wody do łaźni. Wokół unosiły się aromatyczne zapachy, a moja kąpiel była urozmaicona płatkami kwiatów, które sypały do wanny służące. Tak właśnie chciałem zacząć swoją noc, ponieważ wiedziałem, że za chwilę czeka mnie rozmowa z ojcem małej, niesubordynowanej nastolatki, o którą de facto sam poprosiłem. Nie podobało mi się to, że muszę na nią donosić, ale też nie chciałem kolejnym razem ratować jej tyłka z kłopotów, w które wpadała na własne życzenie. Mógłbym nawet przypuszczać, że robiła to celowo, ażeby tylko zwrócić moją uwagę na siebie.
Kobiety, prychnąłem.
Całe rozważania na temat sprawcy oczywiście przespałem i nie miałem najmniejszego zamiaru, chociaż po części się tym interesować. Zabiłem go i koniec, dochodzenie na temat tego, co nim motywowało, kto jest jego rodziną i czym się zajmował wcześniej, w żadnym stopniu nie należało do mojego obowiązku. Co prawda dobijali się do moich drzwi tuż po moim powrocie do komnaty, lecz nie miałem zamiaru otwierać, służące zresztą też nie mogły tego zrobić bez mojej zgody. Jeśli drzwi są zamknięte to się do cholery nie przeszkadza. Co mi było po tym, że poznałbym imię sprawcy? Nic, kompletnie nic. Ewentualnie mógłbym nałożyć represję na rodzinę zbrodniarza za to, że między nimi wychował się taki degenerat.
Oprócz tego w planach miałem odwiedzenie krypty Denverów. Tam leżała moja matka, a dzisiaj przypadała rocznica jej śmierci. Wypadało mi, jako temu, który ją zabił, bym zaniósł jej świeże kwiaty i zaświecił świecę przy jej trumnie. Mógłbym jej też opowiedzieć co nieco o tym, co się dzieje. Marina tak naprawdę nie umarła na zawsze, w każdej chwili mógłbym ją przywrócić, jednakże aby to zrobić potrzebna była do tego zgoda rady wampirów.
– Jakie szaty przygotować, wasza wysokość? – zapytała cichutko jedna służka, wyrywając mnie z głębokich rozmyślań. Podniosłem na nią swój wzrok pełen obojętności, a ona szybko spojrzała w podłogę, gdyż nie mogła patrzeć się na księcia wampirów bez jego zgody. Nabrałem powietrze w nozdrza, a następnie mruknąłem szybko:
– Najlepiej garnitur i płaszcz z wilka, mam zamiar dzisiaj pobawić się w polityka.
– Wedle rozkazu – skłoniła się i z inną służką wyszła z łaźni.
Westchnąłem ciężko przejeżdżając ręką po włosach. Mógłbym tak siedzieć bez końca, dlatego że, klimat jaki panował w łaźni, zawsze mi służył. Często przebywali tutaj inni mężczyźni i kąpiel trwała godzinami, podczas których graliśmy w karty, lub rozmawialiśmy o polityce, lecz w obecnej chwili byłem tutaj tylko ja i miałem do dyspozycji całe pomieszczenie. Zanurzyłem się na chwilę pod wodę czując, jak przyjemne ciepło otula moje ciało. Gdy tylko wynurzyłem się ujrzałem moją młodziutką służącą, którą zlustrowałem wzrokiem. Wpatrywała się w mozaikę trzymając w dłoni wiklinowy koszyk ze świeżymi płatkami kwiatów.
Westchnąłem ciężko stwierdzając, że obowiązki mnie wzywały. Nawet księciu nie przystoi nazbyt spóźniać się i nie szanować swoich poddanych. Musiałem pójść w ślady Jaspera i tak jak on, owinąć sobie chociaż część szlachty wokół palca. Zastraszanie ich mogłoby spotkać się… z dezaprobatą ze strony starszyzny.
Obmyślając zdania, które miałem zamiar powiedzieć do Conrada Feltona, wyszedłem po schodach z wody. Kobieta szybko odłożyła kosz i podła mi ręcznik, którym się przepasałem. Strzeliłem kilka razy swoją szyją, żeby rozluźnić mięśnie, a następnie ukradkiem spojrzałem na swoją świeżą służkę. Nie mogła patrzeć na mnie bez mojej zgody, dlatego swój wzrok ponownie  utkwiła w mozaice na ścianie. Lubiłem to, że służące w żaden sposób nie mogły się sprzeciwić, ani choćby zapłakać nad swoją dolą. Wszystkie które do mnie trafiały, szybko musiały nauczyć się tego, jak zapomnieć o domu i przeszłości.
Złapałem kobietę za podbródek i uniosłem go nieco do góry, a ona bardzo niepewnie spojrzała mi w oczy. Usta jej zadrżały, a źrenice rozszerzyły się do granic możliwości zasłaniając niebieski kolor, wiedziała bowiem co ją czeka. Nie opierała się tak jak pierwszym razem, tylko posłusznie odgarnęła włosy z szyi, abym mógł się wgryźć. Nie zwlekałem, wystawiłem swoje kły i zatopiłem je głęboko w skórze służącej. Złapałem ją mocniej za szyję i poddusiłem lekko, a krew łapczywie spijałem z ran. Była biedną, ludzką istotą, a jej krew ostatnio bardzo mi posmakowała. Spijałem każdą kroplę z rozkoszą, czując jak głód powolutku łagodnieje. Czułem słone łzy na jej policzkach, ale nie odważyła się choćby pisnąć. Gdy pierwszym razem ją ugryzłem, podrapała mnie po twarzy. Dostała za to porządną karę, dzięki której przez kilka dni nie mogła spokojnie chodzić i siedzieć. Rany po pasku zamieniły się w blizny i pięknie zdobiły jej nagie plecy i pupę. Wystarczyła jedna kara, by była potulna i posłuszna.
Aby nie zabić swojej przekąski, wysunąłem w odpowiednim momencie kły i oblizałem się. Przetarłem kciukami łzy ze skóry kobiety i uśmiechnąłem się niegrzecznie.
– Idź to opatrzyć – rozkazałem.
– Tak, panie – skłoniła się i cichutko odeszła.
Wziąłem drugi ręcznik i szybko wytarłem swoje włosy i ciało. Następnie przewiesiłem go przez ramię i rozpocząłem żmudną wyprawę, po krętych schodach w wieży, na trzecie piętro, do swojej komnaty i już w połowie miałem dość. Przystanąłem, żeby spojrzeć na piękne gwieździste niebo, bez ani jednej chmurki i ogromną tarcze księżyca, gdyż od wczorajszej pełni dużo go nie ubyło. Uchyliłem okno i niemalże od razu poczułem chłodny wiatr na swojej nagiej skórze. Lato powoli się kończyło, a to oznaczało, że temperatura na północy zacznie drastycznie spadać. Nie zdziwiłbym się, jeśli już wkrótce spadłby pierwszy śnieg. Takie anomalia pogodowe były tutaj całkowicie normalne.
Ruszyłem dalej, tym razem używając do tego swoich zdolności. Zaskoczyłem służące w garderobie, swoim nagłym zjawieniem się, lecz od razu pospiesznie mi się skłoniły. Rzuciłem okiem na przygotowany zestaw ubrań i stwierdziłem, że mogę go zaakceptować. Choć i tak cholera bardziej wolałbym swoje stare, luźne ubrania, niż jakieś eleganckie garnitury. Nie byłem elegancikiem i nie lubiłem nim być!
Gdy byłem już gotowy, pełen zapału wyszedłem ze swojej komnaty, i spokojnym krokiem przemierzyłem drogę do głównych schodów naszego skrzydła. Mój gość prawdopodobnie czeka w palarni, gdyż to zazwyczaj tam miały miejsce spotkania biznesowe, lub te o troszkę innym charakterze. Niestety nie byłem jeszcze na tyle bogaty i ważny w rodzie, by posiadać własny gabinet, w którym mógłbym przyjmować gości. Zresztą i tak bym ich nie przyjmował…
Służba kłoniła mi się, a ja jedynie mijałem ich z obojętną miną. Kierowałem się w kierunku wyjścia ze skrzydła pałacowego. Po drodze miałem dziedziniec, na którym przystanąłem mimo woli. Zbliżyłem się do fontanny i spoglądnąłem na taflę wody, która stale wzbudzana była strumieniem, który wylewał się z porcelanowego dzbanka nimfy. Kolorowe rybki pływały spokojnie tuż nad dnem, od czasu do czasu pojedyncze sztuki wynurzały się na moment i z pluskiem z powrotem chowały się pod wodę. Przypatrywałem się swojemu odbiciu zastanawiając się nad słowami Laurel. Marzyła o tym, by stać się podobną do mnie. Nie powinienem mieć jej tego za złe, w końcu mnie samemu podobały się kobiety wojowniczki, a ona właśnie chciała stać się jedną z nich, ale czy to właśnie jest szczytem jej marzeń? Moje pozbawione blasku, szczęścia i czułości oczy niegdyś takie nie były. Ponoć byłem stosunkowo szczęśliwym dzieckiem w pierwszych latach życia. Dopiero później coś… się spieprzyło.
– Wasza wysokość – usłyszałem za sobą ciepły tenor charakterystyczny dla Feltonów. Odwróciłem się i spojrzałem czarnymi ślepiami na Conrada, który stał przy filarze, a w dłoni trzymał cygaro, które jak sądziłem, było świeżo zapalone. – Chciałeś ze mną rozmawiać. – skłonił się.
– Owszem – westchnąłem. – Przejdźmy się po ogrodach, lordzie.
Skinął głową i zbliżył się do mnie, a gdy tylko znalazł się obok, ruszyliśmy w kierunku półokrągłego przejścia, nad którym rozciągał się ozdobny portal, z przeróżnymi ornamentami, który z wolna zaczął obrastać bluszczem. Przeszliśmy przez niego i udaliśmy się na tyły pałacu, gdzie rozciągały się królewskie ogrody, pełne krzewów o przeróżnych postaciach, kwiatów i ozdobnych drzew. Przy sadzawce, która tętniła życiem i blaskiem lilii wodnych, dostrzegłem stado flamingów, które stały jeden przy drugim, żeby wzajemnie się ogrzewać. Natomiast na samym środku, między pięknymi kwiatami pływały pary łabędzi. Między alejkami natomiast przechadzały się pawie, których również pełno było w królewskim ogrodzie. Ogrodnicy zawsze mieli ręce pełne roboty, aby rzadkie odmiany kwiatów przetrwały srogą zimę i później, gdy nadejdzie wiosna, a po niej lato, cieszyły oczy wszystkich dworzan. Również dwór zatrudniał zoologów, którzy dbali o nasze zwierzęta, a mięliśmy ich bardzo dużo i zazwyczaj były to gatunki bardzo egzotyczne i rzadkie, nie występujące naturalnie w tych okropnych warunkach.
Zatrzymaliśmy się pod oświetlonym pomnikiem Christophera i obaj na niego spojrzeliśmy. Wysoki płomień migotał w pochodni, którą trzymał w prawej ręce. Twarz pierworodnego mogłaby uchodzić za srogą, gdyby nie to ciepłe spojrzenie, którym obarczał każdego, kto stanął przy jego stopach. Rzeźba była całkowitym przeczeniem prawdziwego charakteru mojego praojca, lecz nikt nie chciał przedstawiać go w złym świetle. O królach nigdy źle się nie mówiło, a już zwłaszcza o tym pierwszym… największym sadyście.
– Chyba nie przyszliśmy tutaj oglądać pomnik, wasza wysokość – wtrącił Conrad wypuszczając dym z cygara.
– Nie – uciąłem. – Jakim żywiołem włada twoja córka? – zapytałem znienacka i spojrzałem na niego uśmiechając się nieco złośliwie. Zmieszał się na kilka chwil, lecz później odpowiedział :
– Przejawia zdolności do władania duchem, książę.
– Jakim więc cudem umyślała sobie, żeby zostać zabójcą? – zagadnąłem, co już całkowicie wytrąciło z równowagi Feltona.
– Zabójcą? – dopytał. – Moja córka… zabójcą?
– Ciekawe, prawda? – zapytałem ze złośliwym tonem, a następnie wcisnąłem ręce w kieszenie eleganckich spodni i spojrzałem na Christophera. – Zawsze myślałem, że duch jest z tych dobrych żywiołów i nie podsuwa takich myśli małym dziewczynkom.
– Ponieważ tak jest – zgodził się ze mną. – Wybacz mi, wasza wysokość, ale nie jestem w stanie w to uwierzyć…
– Twoja córka wymyka się w dzień, żeby jeździć konno poza murami pałacu – mruknąłem. – A tego ranka uratowałem ją od gwałtu.
– To chyba nie jest jej wina, że ktoś próbował pozbawić ją godności.
– Gdyby siedziała w domu, a nie szlajała się po lesie, to może i miałbyś rację – spojrzałem na niego surowym tonem, przez co Felton przygarbił się nieco. Wiedziałem, że ród Feltonów zawsze się mnie bał, nawet mężczyźni. To było cholernie śmieszne. – Poza tym język ma trochę za długi.
– Naprawię to, wasza wysokość – obiecał.
– Oby. – mruknąłem ponuro. – To twoja córka i powinieneś ją dobrze wychowywać. Bo jeśli nie będziesz poświęcać jej wystarczająco czasu, to nie oddasz jej do dobrego męża o ile w ogóle dożyje do swoich zaślubin.
– Wybacz mi książę, ale wydaje mi się, że to przez ciebie – szepnął spuszczając wzrok, a ja wlepiłem w niego swoje czerwone ślepia ze złością.
– Niby dlaczego moja?! – syknąłem.
– Proszę się nie złościć, nie miałem nic złego na myśli! – Tłumaczył się z niezwykłą pokorą w głosie. Tylko Feltonowie byli tak… grzeczni wobec innych. – Moja córka po prosu zafascynowała się twoją historią i przeszłością. Myślę, że to dlatego tak drastycznie zmienił się jej tok myślenia, do tej pory była naprawdę słodkim, niewinnym dzieckiem.
– A któż taki opowiedział jej o mojej przeszłości? – warknąłem złowieszczo, a wampir spojrzał na mnie z przestraszonym wzrokiem. Nie podobało mi się to ani trochę, że informacje na mój temat są przekazywane komukolwiek spoza Denverów. Co to w ogóle miało oznaczać, że gówniara zainteresowała się moją historią?! Ona nie jest mężczyzną i nie zostanie taka jak ja, więc po cholerę wyobrażała sobie siebie, jako zabójcę i to jeszcze podobnego do mnie?!
– Dworskie damy – odpowiedział. – Weszła już w okres dojrzewania, matka wysłała ją do innych wampirzyc, żeby się od nich uczyła. Tam dowiedziała się historii o tobie, wasza wysokość.
– Czy te wszystkie głupie kobiety nie mają zajęcia, tylko plotkują?! – rzuciłem z wyrzutem, przeczesując swoje włosy. Zrzucanie winy w tym momencie za złe wychowanie byłoby niedorzeczne, gdyż niestety, ale młode dziewczęta szybko stawały się pannami dworu i ich ojcowie nie mogli trzymać ich z daleka od innych kobiet. Zawsze jednak uważałem, że zbyt duża ilość żmij w jednym miejscu, niczemu dobremu nie sprzyjała. Miałem teraz naoczny dowód na to!  
– Chciałem podziękować, za to, że ją uratowałeś, książę – szepnął.
– Nic wielkiego – wzruszyłem ramionami. – Ale na twoim miejscu, lordzie, miałbym na nią oko. Laurel powinna dostać strażnika, który będzie ją chronił, ale również i pilnował, żeby nie robiła więcej głupstw. Nie powinna spędzać tak dużo czasu z innymi żmijami, niech zrobi coś pożyteczniejszego.
– Tak zrobię – skinął głową.
– Oprócz tego, niech trenuje – rzekłem nagle. – Kobiet wojowniczek jest zdecydowanie za mało, a skoro ma taką pasję, niech tego spróbuje. Wierz mi, Conrad, jeśli skupi się na swoich zdolnościach, nie będzie tak często marzyła o przeróżnych zabawach.
– Ależ książę…!
– Obaj doskonale wiemy, jak sprawy się mają – przerwałem mu. – Skoro to twoja jedyna córeczka, to lepiej dbaj o nią, bo nawet nie będziesz wiedział, kiedy wyfrunie z gniazdka i skończy jak reszta z tych wszystkich kobiet na dworze.
– Nie wróżę z tego nic dobrego – powiedział stanowczo. – Jest bardzo delikatna, nie chciałbym, żeby stała jej się krzywda.
– Jeśli nie będzie umiała się bronić, to z pewnością stanie się jej krzywda – prychnąłem. – Takich jak ten, którego dzisiaj zabiłem jest całe mnóstwo. W każdej chwili może zostać ponownie zaatakowana, gdy kolejny raz wymknie się z domu.
– Dlatego przydzielę jej strażnika.
– Eh – przeczesałem włosy palcami. – Rób jak chcesz, ale wiedz, że nie ochronię jej więcej. Żegnam, lordzie Felton. – Nie czekając na jego reakcję wyciągnąłem paczkę papierosów z kieszeni eleganckich spodni i odszedłem od mężczyzny. Wysunąłem z opakowania jedną sztukę i podpaliłem ją zaledwie pstryknięciem palców. Ruszyłem dalej przez ogrody w kierunku rodzinnego grobowca. 
Hej kochani :D
Wiem kolejny taki długi rozdział, ale chyba po takiej przerwie to dobrze, że akurat tyle ma :D Zresztą jak już rozpiszę się Dylanem, to końca nie widać, co doskonale widzicie xD Pewnie spodziewaliście się, że już dojdzie do tego wyczekiwanego spotkania Ally ze złym wampirem, ale jeszcze musicie uzbroić się w cierpliwość :D Przynajmniej na 15 stron :D
  Jak Wam się podobał rozdział? :* Coś przykuło Waszą uwagę? Macie jakieś pytania? :D 
  Ocenę pozostawiam Wam :*
  Pozdrawiam wszystkich cieplutko, do napisania :*