piątek, 16 grudnia 2016

Rozdział 2.3

W żyłach wciąż czułem krew dziewczyny, którą ugryzłem przed wyjściem na spacer i musiałem przyznać, że dawała mi dużo sił, a przede wszystkim dobry humor na najbliższe ciągnące się godziny. Czułem się młodo i rześko w tym starym, ponad wiekowym ciele, a to dobrze świadczyło o jakości hemoglobiny! Wygląda na to, że dziewczyna stanie się teraz moją ulubioną przekąską, co o ironio, nie będzie się biednej śmiertelniczce podobało. Posiadanie ludzkich niewolnic było o wiele lepsze, niż zatrudnianie wampirzyc, które nie dość, że żądały wysokiej sumy, to dodatkowo nie reprezentowały sobą ani krzty urody, czy wdzięku. Może i nadprzyrodzone potrafiły więcej i szybciej zrobić, ale trzeba było liczyć się z tym, że zazwyczaj podsłuchiwały i przekazywały tajemnice innym, a oprócz tego lubiły się stawiać. Zamiast wypłacać się służbie, wolałem po prostu zrobić najazd na jakąś wieś i porwać sobie ludzką kobietę, którą później łatwo przekształcałem w wierną niewolnicę. Zresztą nie tylko ja tak czyniłem, bywało tak, że wraz ze mną na taki najazd wybierał się cały oddział gwardii i kilku innych, przeciętnych wampirów. Każdy mógł mieć człowieka u siebie, ale całe porwanie należało wykonać tak, by nie było przy tym świadków, ani podejrzeń. Dlatego najczęściej wybierane były małe wsie, gdzie szybko można było wymazać z pamięci wszystkich te kilka kobiet. Z miastami było łatwiej, ponieważ na tyle tysięcy ludzi nikt nigdy nie zauważa zniknięcia jednej z wielu.
Śmiertelniczki były zastraszane, bite i nieszanowane, dlatego bały się pisnąć choćby słowem, już tym bardziej nie próbowały odszukać swojego starego domu, czy chociażby nawiązać z nimi jakikolwiek kontakt. Przywiązywały się do swojego właściciela i przesiąkały naszym życiem na tyle, by nie myśleć o tym co było. Może i byliśmy dla nich brutalni, ale żaden z wampirów, należący do rodziny królewskiej nie chciałby, aby jego tajemnice wychodziły poza mury komnaty, a wierna służba była zawsze potrzebna i nagradzana, gdy dowiodła swojej lojalności. Ja i tak byłem wobec nich delikatny! Mój stryj Richard wycinał podwładnym języki, żeby nie zdradzili jego planów. Natomiast kobiety zawsze traktował jak dziwki, na których wyżywał się. Prawdopodobnie do teraz nic się nie zmieniło. Wszyscy doskonale wiedzą, że tropiciele słyną z tego, że po ciężkich treningach masowo gwałcą kobiety, więc dla Richarda, bycie królem w ich zamku musi wiązać się z tym, że ma swój własny harem najbardziej urokliwych panienek.
Zazdrośnik! – zaśmiał się głos w mojej głowie, który całe szczęście zignorowałem.
Zatrzymałem się nagle tuż obok pięknych, białych lilii, przy których przykucnąłem i zacząłem zrywać układając skromny bukiet w dłoni. Matka zawsze lubiła białe lilie i to ja pierwszy się o tym dowiedziałem, choć tak naprawdę zerwałem je przypadkowo, tylko po to by zdenerwować ogrodniczego. Lubiłem sprawiać jej przyjemność, gdy byłem młody. Uśmiechnąłem się pod nosem i wpatrzyłem się w kwiaty. W dniu swojej śmierci, również trzymała je w dłoni. Pamiętam, jak bordowa, gęsta krew spłynęła po płatku do kielicha zmieniając jego białą barwę, w czerwoną. Umarła z uśmiechem na ustach i z ulubionymi kwiatami w dłoni, tak jak sobie życzyła. Nie została ścięta, spalona, czy przebita kołkiem. Jak królowa, zasnęła w łóżku, za sprawą swojego własnego syna, a nie wroga. Spełniłem każdą jej zachciankę, zrobiłem to tak jak sobie życzyła, a mimo tego Jasper miał mi to za złe i chyba nigdy nie przestanie.
Z jednej części ogrodu, przedostałem się na drugą, dzięki niewielkiemu, półokrągłemu mostkowi nad płytkim strumykiem, w którym pływały kolorowe rybki. Potok wpadał do niewielkiego jeziorka, a stamtąd woda przefiltrowywana była z powrotem, do niewielkiego źródełka z wodospadem. Gdyby była to zwykła woda z rzeki, prawdopodobnie niska temperatura zabiłaby kolorowe stworzonka, a przecież takie niegodziwości nie mogły mieć miejsca w domu królów! Zaśmiałem się z głupoty Denverów, po czym zdałem sobie sprawę, że śmieję się sam z siebie, więc plasnąłem się w czoło.
Wszedłem w alejkę zadaszoną pergolą, na którą wspinały się naprzemiennie białe i czerwone róże, między którymi były ukryte niewielkie, zewnętrzne lampy, które oświetlały kwiaty. Oprócz tego z pergoli zwisały lampiony oświetlające drogę. Przede mną spokojnym krokiem kroczyła para pawi, których w ogrodzie było całe mnóstwo. Przeszedłem między nimi i skręciłem w bok, wychodząc z różanej alejki. Przemierzyłem wąskie ścieżki między kwiatami, minąłem kilka posągów między równo przycinanymi rzędami bukszpanów, tworzących przeróżne wzory i wszedłem w odpowiednią dróżkę między tujami, która prowadziła do krypty Denverów. Aleja była wysypana białym, drobnym kamieniem odbijającym światło księżyca. Już po chwili tuje zmieniły się w wysokie wierzby, które prowadziły prosto do ogromnej wapiennej skały, gdzie była kaplica z trumnami. Wierzby zawsze uchodziły za drzewa posiadające dusze i te wiecznie zasmucone, dlatego wydawało mi się to adekwatne do miejsca spoczynku naszych przodków, podobnie jak tym, którzy tego zażyczyli od ogrodniczych. Wejście do krypty pilnowane było przez dwa posągi śpiących lwów trzymających w pyskach misy wypełnione woskiem i tłuszczem, w których teraz jarzyły się knoty mocno kopcąc się przy tym. Tuż nad wielkimi, mosiężnymi drzwiami rozciągały się szeregi archiwolt i płaskorzeźb, po których wspinał się bluszcz. Ogromne mosiężne drzwi były wysokie na osiem stóp i na dodatek okute z zewnątrz.
Złapałem antabę i otworzyłem jedno skrzydło, a ciężkie skrzypnięcia towarzyszyły mi przy tym. Nie czekając, wszedłem do środka, a półmrok od razu mnie przywitał, oraz typowy chłód jaskini. Wziąłem jedną pochodnię, która włożona była w stojak i zapaliłem ją używając jedynie siły swojej energii. Oświetlając sobie drogę, zacząłem schodzić w podziemia, do właściwej krypty, gdzie były wszystkie trumny. Zapalałem każdą napotkaną pochodnię, lub coś, co zawierało w sobie odrobinę nafty czy wosku. Nie musiałem się nawet wysilać, by tego dokonać, ponieważ ogień i iskry same reagowały na mnie. Gdy dotarłem do krypty chłód ogarnął moje ciało, a w nozdrzach poczułem zapach starego drewna i trupów. Sarkofag z trumną mojej matki był w drugiej komorze. Również zrobiony był z białego kamienia, którego pokrywę stanowiła postać wampirzycy w śnie, z lilią w dłoni. Szybko rozpaliłem wszystkie świece, znajdujące się przy jej grobowcu, a do wazonu nalałem wody, z mosiężnego dzbana i włożyłem świeże kwiaty.
– Widzisz, matko? – mruknąłem pod nosem pochylając się nad pokrywą, żeby uścisnąć zimną dłoń rzeźby, w geście powitania. – Zabiłem cię, a mimo to przychodzę na twój grób i pamiętam o tobie. – Lecz cisza była jedyną odpowiedzią. Gdzieś w tle usłyszałem spadającą kroplę, która rozbrzmiała echem po całej krypcie, gdy wpadła do kałuży. Przez dłużą chwilę panowała cisza, a ja wpatrzony byłem w twarz posągu mającego na celu przypominać nam wygląd Mariny. – Uważasz, że jestem zły? – usiadłem opierając się o jej grobowiec. – Myślisz, że nie zasługuję na to, by nosić koronę?
Czemu ciągle myślałem jedynie o władzy…?
Ze zmarszczonym czołem popatrzyłem naprzeciwko, gdzie spoczywał Carol Denver z żoną. On, jako król miał dużo piękniejszy sarkofag niż moja matka. Jego zrobiony był z białego marmuru, ze złotymi elementami i drogocennymi kamieniami. Zupełnie, jakby pośmiertnie te bogactwa miały mu się do czegoś przydać. Jego posąg stał dumnie wyprostowany, a złota korona błyszczała na głowie, między idealnie przystrzyżonymi, delikatnie falowanymi włosami. Spojrzenie było ciepłe, a uśmiech na twarzy świadczył o dobroci byłego króla. Rzeźbiarze zawsze mieli pełne ręce roboty, kiedy dostawali od nas zlecenie. Przedstawienie postaci, które najczęściej już nie żyły, było cholernie trudne i podziwiałem ich talent do kucia w kamieniu, choć… przecież to właśnie za to im płacono.
Spoglądając ponownie na twarz króla byłem ciekaw, dlaczego tak naprawdę Richard go zamordował. Przecież nie mogło chodzić jedynie o władzę, chyba, że mój stryj był bardzo chciwym typem wampira. Nie studiowałem jego historii, lecz wiedziałem, że nie uchodził za przyjemnego mężczyznę, ani tym bardziej za takiego, który mógłby iść na ustępstwa. W czasach kiedy miało dojść do przekazania władzy jednemu z synów Lewisa, wojna wisiała w powietrzu i największą głupotą jaką zrobili radni, było oddanie władzy Michaelowi. Mój brat był tak samo nieporadny w kwestiach batalistycznych, co nasz szalony ojciec. Cieszyłem się z tego, że go nie przypominałem.
– Dlaczego Richard był tak zły? – zapytałem matkę, lecz tak samo jak wcześniej, nie otrzymałem odpowiedzi. Momentami czułem się głupio z tym, że rozmawiałem z wysuszonymi, zahibernowanymi zwłokami, lecz od czasu do czasu drobne wyznania były mi potrzebne, a ona prosiła byśmy mówili jej o swoich przemyśleniach. W ten sposób chciała pozostać świadoma tego, że wciąż jest z nami. – Dlaczego kochałaś Michaela? – pytałem nadal, głęboko wpatrzony w twarz króla. – Dlaczego, matko, pokochałaś tylko pierwszego syna? Czemu nie broniłaś mnie przed tym tyranem? – ciągnąłem z wyrzutem, lecz zaraz zaśmiałem się stłamszonym głosem. – Pamiętasz, jak przynosiłem ci lilię? Uśmiechałaś się zawsze do mnie tak ciepło, myślałem wtedy, że jestem dla ciebie ważny, lecz gdy cię potrzebowałem, nie było cię. Nawet nie wiesz, jak bardzo cię nienawidzę i jak mocno potrzebuję i kocham – wyciągnąłem jeden kwiat z flakonu i obróciłem go kilkukrotnie w palcach. – Twoje zachowanie próbuje sobie wytłumaczyć tym, że bałaś się Michaela, lecz zaraz przychodzi ta ponura świadomość, że gdy chodziło o Jaspera, potrafiłaś przyjąć jego karę na siebie. Co tobą motywowało, matko?
Spuściłem głowę i przeczesałem sterczące włosy palcami, a kwiat z powrotem włożyłem do wody. Przesiedziałem kolejne chwile wpatrując się w grób byłego króla, gdy usłyszałem pojedyncze, bardzo słabe uderzenie jej serca. Żyła i słyszała wszystko co do niej mówiłem. Wolałbym jednak, żeby usłyszała to ode mnie stojąc tuż obok, a nie w takim stanie. Wiedziałem, że aby obudzić czystokrwistego wampira, potrzeba zgody całej rady i konkretnego celu ku temu. Miłość do matki nie była żadnym powodem, dlatego Marina wciąż pozostawała uśpiona, a mnie pozostawały jedynie zwierzenia.
– Zobacz, co ze mnie wyrosło – zaśmiałem się sam z siebie. – Potwór jakich mało na tym świecie. Kobiety się mnie boją, ja sam nie czuję potrzeby ratowania ich, czy chociażby próbowania flirtów. Przez moją inność jestem nieakceptowany tutaj i widzę to, mimo iż jestem ich księciem. Czyż nie powinni na mnie patrzeć z uwielbieniem, tak jak patrzą na twojego ukochanego Jaspera? – zapytałem spoglądając na jej marmurową twarz. – Co chciałaś osiągnąć tym, że pozwalałaś na to, bym był tak bity? Czego ode mnie wymagałaś, matko? Nie mogłaś mi tego po prostu powiedzieć, poprosić?
Spuściłem wzrok i przejechałem palcami po policzkach kobiety, której nigdy w życiu nie będę w stanie zrozumieć. Była moją matką i kochałem ją za to, ale nienawidziłem jej prawie równie mocno.  
– Dylan? – usłyszałem nieopodal miękki baryton swojego brata, dlatego podniosłem na niego swój wzrok. Stał przy ścianie niepewnie, wpatrzony z zaskoczeniem we mnie, trzymając w dłoni jeszcze większy i piękniejszy bukiet lilii, niż ten, który przyniosłem, oraz pokaźny kryształowy lampion. Na pewno podsłuchiwał moich zwierzeń, co od razu mi się nie spodobało. – Nie spodziewałem się ciebie o tej porze.
– Już wychodzę – ująłem zimną dłoń posągu swojej matki w geście pożegnania.
– Zostań – zbliżył się. – Przecież cię nie wyganiam. – Następnie włożył do sąsiedniego flakonu swój bukiet, a obok niego postawił lampion. Przesunął swoimi dłońmi po marmurowej postaci i uśmiechnął się blado, wpatrując się w spokojną twarz Mariny. – Tęsknisz za nią?
– Owszem – odpowiedziałem krzyżując ręce na piersi. – Przyrzekłem jej zemstę, w taki sposób wyrażam swoją miłość do niej.
– Nigdy nie powiedziałeś mi, co jej zrobili – spojrzał na mnie z wyrzutem w oczach, a ja jedynie wzruszyłem ramionami. – Mógłbym ci jakoś pomóc…
– Działam sam, Jasper – uciąłem. – A jeśli chcesz poznać sekrety tortur, które na niej stosowali, dopytaj się Lewisa.  
– Dylan – złapał mnie za ramię i zatrzymał, nim zdążyłem się odwrócić. – Chyba powinniśmy porozmawiać o tym, co nas czeka w zimie.
– Nie ma o czym rozmawiać – odwróciłem od niego wzrok. – Chcę władzy tak samo jak ty, i wiem, że sprawdziłbym się jako król. Nic więcej mną nie kieruje.
– Ale wiesz, że w historii to najstarszy z rodzeństwa przejmował władzę. – Powiedział pewniej, ściskając mocniej swoje palce na moim ramieniu. Miałem odebrać to jako wyzwanie, czy może aluzję do tego, że nie mam z nim szans? A może w ogóle o coś innego mu chodziło? Popatrzyłem się na niego spod przymrużonych powiek uważnie śledząc ruchy mięśni na jego twarzy.
– Jeśli rada wybierze ciebie, to nie bój się, nie wbiję ci sztyletu w plecy – odrzekłem. – Ale nie chciałbym później żałować, że nawet nie spróbowałem – uśmiechnąłem się blado pod nosem, lecz nagle ten niewinny uśmiech przerodził się w czystą kpinę. – Wojna wisi w powietrzu, braciszku. Dobrze wiesz, że jeśli nie sprawdzisz się jako dowódca i dobry król, to rada szybko odwoła cię z twojego stanowiska.
– Nie martw się o moje zdolności do kierowania wojskiem – mruknął urażony.
– Mam o co się martwić – wyswobodziłem się z jego uścisku. – Nie chcę aby nasza rasa wyginęła tylko dlatego, że nie będziesz w stanie podejmować słusznych decyzji.
– Dlaczego jesteś taki złośliwy dla mnie?! – wyskoczył nagle, co mnie zaskoczyło, ponieważ nie często dawał się ponieść emocjom, a już zwłaszcza przy mnie. Wiedział, że odbieram to jako oznaki jego słabości więc na siłę chciał mi udowodnić, jaki on to nie jest męski… – Dylan, bracie! – złapał mnie za ramiona i zbliżył się gwałtownie, przez co zapach jego wody kolońskiej podrażnił mi nozdrza. Ostatnim razem byliśmy tak blisko siebie, gdy jeszcze obaj byliśmy niewinnymi szczeniakami. – Ja też chcę władzy z tych samych powodów co ty! Czy to powód do tego, by mnie nienawidzić?
– Nie odwracaj kota ogonem, bo sam mnie znienawidziłeś, gdy Nathaniel pozwolił mi rywalizować z tobą.
– Gdybym cię znienawidził, inaczej wyglądałoby nasze życie – odpowiedział poważnie, wciąż patrząc mi w oczy tymi swoimi lodowatymi tęczówkami. – Nie ukrywam tego, że cholernie zazdroszczę ci tych zdolności przywódczych i talentu do walki, ale to nie jest powodem do tego, by cię nienawidzić. Jesteś moim bratem, do cholery.
– I co zrobiłeś, żeby uściślić nasze więzi?! – odepchnąłem go na tyle mocno, by uderzył plecami o grobowiec matki. – Odebrałeś mi oboje rodziców, a gdy już trochę podrosłeś i zacząłeś obracać się w towarzystwie szlachty, od razu o mnie zapomniałeś. Przecież byłeś księciem, nie musiałeś się zajmować swoim młodszym bratem! To ja pierwszy odkryłem to, że kochała lilie i to ja pierwszy je przynosiłem dla niej, a ty mi to odebrałeś! To nie ty stawałeś w obronie matki, gdy Michael chciał ją na siłę zaciągnąć do łóżka i to nie ty byłeś publicznie karany przez własnego ojca. To nie ty nosisz bliznę na twarzy, która jest pamiątką po tym, jak pierwszy raz doświadczyłem siły energii obcego wampira. Czy ty kiedykolwiek to poczułeś?!
– Przestań…
– Jesteś tak samo zimny, jak nasi rodzice. – powiedziałem surowym tonem. Widząc przejęcie na twarzy braciszka domyśliłem się, że ta uwaga musiała go w jakiś sposób zaboleć i nawet mi się to spodobało. Nie pamiętam kiedy ostatnio aż tak potrzebowałem tego, żeby wyrzucić z siebie wszystkie urazy, które mnie męczyły. – Posiedź tu i popłacz nad nią, bo twoich łez najwyraźniej potrzebuje jej truchło, nie moich.
Odwróciłem się na pięcie i udałem w kierunku krętych schodów na górę, zostawiając brata samego z trupem naszej pani matki. Całe szczęście nie próbował mnie zatrzymywać, dlatego szybkim krokiem pokonywałem schodek za schodkiem, aż w końcu znalazłem się poza murami rodzinnego grobowca. Odetchnąłem z ulgą, gdy do moich nozdrzy doszedł zapach kwiatów i lasu, a nie zgnitych, leżących wiekami ciał. Spojrzałem w piękne, gwieździste niebo, czując jak przyjemnie chłodny wiatr muska moje policzki. Całe moje ciało drżało pod wpływem emocji. Już dawno nie poniosło mnie w taki sposób i czułem, że powiedziałem zbyt dużo w stronę brata. Jednakże… miałem do niego uraz o to, że zapomniał o mnie, gdy tylko podrósł. Zawsze wolał zabawy z innymi wampirami, a nie ze mną. Mój własny brat skazał mnie na samotność i o to byłem na niego wiecznie obrażony.
Uczucia… kiedy ostatni raz byłem w stanie je poczuć? Nie pamiętałem, kiedy zrobiłem coś dobrego z własnej woli, ani tego, kiedy ostatni raz okazałem namiastkę uczuć jakiejś kobiecie. Jedyne co odczuwałem, to chęć nasycenia się, mordu i stałego dokuczania innym. Zostałem degeneratem, upadłym w emocjach i chyba nie było dla mnie żadnego ratunku, choć… czy w ogóle tego potrzebowałem? Najwyraźniej tak, skoro tak bardzo bolało mnie to, że moi rodzice nie okazywali mi miłości. Z drugiej jednak strony… czy przez ten brak miłości nie wyrosłem na mężczyznę? Wręcz przeciwnie, stałem się silniejszy i lepszy niż ten ich kochany Jasperek. To mi wystarczało. Zresztą… teraz nawet nie chciałbym sobie wyobrażać tego, co by się działo, gdyby rodzice żyli. Ojciec najprawdopodobniej wykląłby mnie z rodu i zostałbym skazany na wieczną tułaczkę, lub po prostu nie wytrzymałbym i zamordowałbym głupiego, szalonego króla, co ponownie skutkowałoby ucieczką i tułaczką.
Poprawiłem swój płaszcz i ruszyłem alejką w kierunku pałacu. Rozmasowałem swój kark, a następnie zatrzymałem się tuż przy niewielkiej fontannie, na kraju której siedział pokaźny paw. Jego długi ogon zwisał za nim niczym peleryna królewska, a dumny grzebień na czole przypominał mi koronę. Uśmiechnąłem się blado pod nosem, a po chwili wyciągnąłem rękę w kierunku ptaka. Dotknąłem delikatnie jego piór, które okazały się niezwykle miłe w dotyku. Stworzenie spoglądnęło na mnie z zaciekawieniem, lecz nie odleciało od razu, co uznałem za dobry znak. Może nie każdego na tym terenie przerażałem…
– Wasza wysokość. – Od razu skierowałem głowę w kierunku, z którego pochodził głos, który mi przeszkodził i dostrzegłem niewielkiego, wątłego posłańca. Od razu mężczyzna skłonił się nisko, a gdy tylko wyprostował się, rzekł: – Lord Nathaniel wzywa cię do swojego gabinetu.
– Zrozumiałem – mruknąłem.
Wcisnąłem dłonie w kieszenie i minąłem go. Nie spieszyłem się, ponieważ wiedziałem, że nawet nie mam po co. Poza tym Nathaniel już przywykł do tego, że nigdy nie stawiałem się u niego sekundę po tym, jak dowiem się, że mnie wzywa.
Przechodziłem spokojnie obok posągu Christophera, gdy nagle płomień z jego pochodni strzelił iskrami, które zawirowały w powietrzu i zastygły. Spojrzałem na to dziwne zjawisko, które wywołało we mnie falę wspomnień, spowolniły czas i ścisnęły wszystkie moje narządy wewnątrz. Tak samo wyglądały iskry energii mojego ojca w tamtym, pamiętnym dniu. W dniu, w którym znienawidziłem go na dobre i życzyłem mu jedynie śmierci.
Szedłem zadowolony korytarzami, oświetlanymi przez pochodnie, w których płomienie migotały wesoło, gdy je mijałem. Miałem zamiar w końcu pochwalić się swojemu ojcu tym, jakiego spektakularnego odkrycia doznałem. Moja matka wiedziała już od dawna i to ona zaproponowała mi, żebym pochwalił się również ojcu. Liczyłem na to, że będzie ze mnie dumny, w końcu, po raz pierwszy w życiu. Rzadko w rodzie Denverów występował żywioł ognia, a mnie właśnie przypadł zaszczyt władania nad nim. Nie wiedziałem jeszcze, jak zapanuję nad stale wariującą energią w mojej duszy, ale przeczuwałem, że będę równie potężny co Marcus, a może nawet lepszy, a przynajmniej taki miałem zamiar i tego chciałem dopiąć. Chciałem być lepszy od wszystkich! Równie silny, potężny i niesamowity co Christopher! Z tego też powodu, uśmiech nie schodził z mojej młodej buźki, iskierki w oczach wesoło tańczyły, a ja sam miękko stąpałem po dywanie w eleganckich, skórzanych lakierkach.
– Dobry wieczór, paniczu – ukłonił mi się strażnik, który stał tuż przy drzwiach do komnaty moich rodziców. Uśmiechnąłem się do niego jedynie ukazując moje krótkie, młode i mleczne kły.
Szybko pchnąłem jedno skrzydło drzwi i wszedłem do środka, lecz gdy do moich stosunkowo młodych nozdrzy doszedł zapach krwi, gwałtownie zatrzymałem się i rozejrzałem po nieco zdemolowanym salonie. Wazon z kwiatami leżał rozbity na podłodze w kałuży, na pikowanej sofie były ślady po pazurach, a kilka kropel krwi tworzyło ścieżkę do alkowy. Nie chciałem tam iść i przez długi czas biłem się z własnymi myślami. Powinienem wyjść, ale… co jeśli ojciec miał gorszy dzień i teraz bił matkę? Powinienem jej bronić, byłem w końcu jej synem, przyszłym mężczyzną. Dwór wychowywał mnie tak, bym bronił kobiet. Jakim będę dżentelmenem, jeśli nie będę w stanie obronić nawet własnej matki?
Zacisnąłem więc dłonie w pięści i ruszyłem cicho w stronę alkowy, starając się, aby nie nadepnąć na żaden odłamek szkła i nie narobić hałasu, bowiem ojciec był ode mnie starszy i bez problemu wyczułby każdy zły ruch z mojej strony. Musiałem być cichy niczym kot, w inny sposób nie zaskoczę go.
Gdy byłem bliżej drzwi, usłyszałem jakieś stłumione jęki. Zapach krwi był mocniejszy, przez co przełknąłem ślinę czując, jak kiełki same wysuwają się. Zacisnąłem mocniej dłonie czując nagły przypływ siły. Na pewno sobie poradzę, przecież mam już siedem lat!
Zaciskając usta pchnąłem drzwi do alkowy i stanąłem jak wryty widząc nieprzyjemną, na owe lata, scenę. Dwoje nagich wampirów, mój ojciec i jedna z dwórek mojej matki, szalało na łóżku tuż przede mną, zachowując się niczym zwierzęta. Ona wypinała się w jego stronę, a król Denver wgryzał się w jej szyję, przez co jęczała i pchał ją jakby była tylko psem. Cała ta scena przyprawiała mnie o mdłości i sprawiła, że poczułem się bardzo niekomfortowo, jednak najbardziej rozdrażniło mnie to, że ojciec zdradzał matkę z inną kobietą i to jeszcze w ich małżeńskim łożu. W ich wspólnej komnacie, w miejscu, gdzie powinni przebywać jedynie oni.
– Michael… – trąciła go jasnowłosa kobieta, której jadeitowe oczy spoczęły na mnie. – Michael, twój syn!
Ojciec oderwał się od jej szyi i przeniósł na mnie swoje krwistoczerwone oczy, przez co cofnąłem się pod drzwi z przerażenia. Usta miał całe w krwi, która powoli spływała po jego brodzie, natomiast wyraz twarzy był tak ostry, że już przeczuwałem jego zamiary. Włoski na karku stanęły mi dęba i nagle straciłem zdolności do oddychania. Bałem się go, zwłaszcza po tym, jak publicznie sprał mnie za to, że przeszkodziłem w jego zebraniu.
– Nie masz co robić, gówniarzu?! – ryknął błyskawicznie odklejając się od kobiety, która opadła na łoże i szybko zasłoniła się pościelą. Nie zdążyłem nawet mrugnąć, gdy poczułem, jak jego energia ściska mi wszystkie narządy. Ból był okropny i resztkami sił powstrzymywałem się od tego, by nie zacząć płakać i prosić go, by przestał. W jednej chwili znalazł się tuż obok mnie, a jego zimne i groźne spojrzenie przeszyło mnie na wskroś.
– Tato… proszę nie – jęknąłem przez łzy.
Lecz Michaela nie obchodziło to, co do niego szeptałem wyjąc z bólu. Energia, która wokół niego krążyła raniła nawet jego kochankę. Moje narządy były na granicy wytrzymałości, podobnie jak głowa, która pulsowała nieznośnie. To było jednak niczym w porównaniu z tym, co wydarzyło się sekundę później, gdy ojciec zamaszystym ruchem złapał mnie za kołnierzyk i postawił do pionu, żeby zadać mi cios z pięści w twarz. Łzy poleciały z moich oczu, a na wargach już czułem krew kapiącą z nosa.
– Ojcze proszę cię… przecież nic nie zrobiłem…!
Lecz on jedynie uderzył mnie. Jego pazury wbijały mi się w szyję, a energia iskrzyła się wokół nas. Widziałem to szalone spojrzenie, pełne nienawiści do mnie, choć… nie miałem pojęcia za co tak bardzo mnie odrzucał.
– Te małe ślepia nie będą ci już do niczego potrzebne!
Gdy uniósł nożyk do góry, nastawiony ostrzem prosto w moje prawe oko, wiedziałem, że jeśli czegoś nie spróbuję, skończę bez oczu. Ostrze błyszczało odbijając światło księżyca i przerażało mnie. Przez łzy wykrzesałem z siebie ledwie jedną iskierkę, która rozśmieszyła mojego ojca, poniżając mnie jeszcze bardziej. Gdy spróbowałem go uderzyć, moje ręce były zbyt krótkie, żeby go dosięgnąć. Wtedy ojciec, śmiejąc się przy tym z okropną drwiną, zamachnął się nożykiem i rozciął mi pół twarzy jednym, zamaszystym ruchem. Zapiszczałem z bólu łapiąc się za ranę, z której krew tak szybko wylewała się, że aż wypełniała mi oko. Wielokrotnie byłem raniony, lecz ból mijał po kilku sekundach, a teraz palił moją skórę, a rana w żaden sposób nie chciała się zagoić. Nie czułem tego przyjemnego mrowienia, towarzyszącego wszystkim leczącym się zranieniom, lecz ból, który rozprzestrzeniał się z twarzy na resztę ciała. Rzuciłem się na podłogę wciąż płacząc i krzycząc, a nad sobą widziałem ojca z miną zadowolenia. Wyciągał w moją stronę swoją rękę, jakby chcąc przytrzymać mnie przed następnym ciosem, lecz ja skuliłem się. Przydeptał więc moją głowę nogą do podłogi, a ja jeszcze głośniej zapiszczałem, ponieważ drzazgi wystające z podłogi wbiły się w moją twarz i ranę. Słyszałem nad sobą śmiech ojca i czułem, że łzy jeszcze bardziej napływały mi do oczu. Gdy po raz kolejny chciał mnie uderzyć, coś nagle go powaliło.
Nienawidziłem go z całego serca i życzyłem mu śmierci w największych katuszach. Chciałem nawet, by dopadł go mój stryj, Richard. Słynął ze swojej nienawiści do starszego, przyrodniego brata, więc byłem niemalże pewien, iż katowałby go przez wieki. A jeśli on by tego nie zrobił, to ja, jako mężczyzna miałem w planach ciche zamordowanie go. Wiedziałem, że za zabicie czystokrwistego wampira grozi wygnanie, lub śmierć, jednak dla ojca chciałem zaryzykować, byłem gotów poświęcić swoje królewskie pochodzenie, żeby poczuć smak zemsty. Mógłbym wybrać się z nim na północ, pod pretekstem polowania, gdzie zakatowałbym go gołymi rękami, zrzucając całą winę na tropicieli. Przecież i tak nie byli by w stanie dowieść prawdy. Wystarczyłoby jedynie dobrze odegrać swoją rolę i miałbym spokój na resztę życia i pieprzoną satysfakcję, że go zamordowałem.
Przecież nie masz pewności, że nie żyje!
Odezwał się głos w mojej głowie, przez co otworzyłem szeroko oczy. Wciąż nie wiedziałem, czy to były tylko moje złowieszcze pragnienia i myśli, czy może ktoś rzeczywiście był uwięziony w moim ciele. Oczywiście, ta druga opcja w żadnym stopniu mi się nie podobała…
Wcisnąłem ręce w kieszenie i udałem się do pałacu, żeby w końcu stanąć twarzą w twarz z Nathanielem, najstarszym Denverem. Jego gabinet znajdował się w lewym, najbogatszym skrzydle pałacowym, gdzie również mieściła się komnata królów. Nathaniel oczywiście jako ten najstarszy, miał też jedną z największych komnat, które na dodatek miały swoje dwie wieże. W jednej był osobisty gabinet Nathaniela, jak i wszelkie ważne listy, zapisy historyczne, czy dokumenty w sprawie kupna i sprzedaży. W drugiej, większej wieży, było natomiast obserwatorium. Najstarszy uwielbiał niebo i często w nie spoglądał. To na jego rozkaz w sali obrad zrobiono szklaną kopułę.
Szedłem wolnym krokiem po schodach, czując jak płaszcz ciągnie się za mną i jeszcze dodatkowo mnie dociąża. Poczułem ulgę, gdy wszedłem na pierwsze piętro i ruszyłem korytarzem w kierunku kolejnych schodów. Zatrzymałem się gwałtownie przy trzecim z kolei wgłębieniu w ścianie, gdzie znajdowało się wejście do komnaty i szybko przesunąłem po nim wzrokiem. Za dwuskrzydłowymi drzwiami, zakończonymi łukiem, znajdowała się komnata moich martwych rodziców. To w niej doszło do masakry, której nie zapomnę aż do śmierci. Odruchowo dotknąłem swojej blizny na policzku, prawie czując ból, jakiego wtedy doznałem. To była moja pierwsza styczność z energią innego wampira.
– Książę? – usłyszałem na końcu korytarza. – Lord Nathaniel się niecierpliwi.
Skinąłem jedynie głową, szybko odwróciłem się i popędziłem za posłańcem. Odruchowo ścisnąłem dłonie w pięści ze złości, jednak zdołałem się opanować, nim stanąłem przed drzwiami do komnaty Nathaniela. Nie należałem do punktualnych wampirów, więc kiedy pojawiłem się w ustalonym miejscu, stary wampir zmierzył mnie wzrokiem znad ogromnego, mahoniowego biurka. Powoli przyzwyczajał się, że niezbyt przejmowała mnie jego pozycja, władczość i dominacja. Ale i on to we mnie lubił. Wiedział, że nie może mi rozkazywać, a nawet jeśli to zrobi i tak postawię na swoim. Według niego świadczyło to o mojej asertywności i braku uległości wobec presji starszych, co było częstym problemem młodych szlachciców. Większość podporządkowywała mu się na każdym kroku, ja robiłem mu czasami na złość, oczywiście wolałem nie przesadzać z tymi złośliwościami, Nathaniel był… cóż, praktycznie nie do pokonania. Ktoś, kto ma ponad tysiąc lat nie jest łatwym przeciwnikiem, a już zwłaszcza, gdy w trakcie swojego życia przeżył wiele wojen i to o niezwykle brutalnym charakterze.
Jego lodowate tęczówki wwierciły się we mnie, a na bladej twarzy pojawiła się lekka złość spowodowana moim spóźnieniem. Nigdy tego nie komentował, więc póki co byłem bezpieczny. Twarz miał naznaczoną wieloma zmarszczkami, a nawet niewielkimi bliznami, po stoczonych walkach. Czarne, typowe dla Denverów włosy stawały się szare z całkowicie siwymi nalotami, świadczące o wieku mężczyzny. Ubrany miał skórzany płaszcz z wysokim kołnierzem, który miał w zwyczaju nosić, gdy nie musiał chodzić na obrady.
– Siadaj – rozkazał. Zatrzasnąłem za sobą drzwi z przesadnym impetem i nonszalanckim krokiem zbliżyłem się do wielkiego biurka, zająłem miejsce w skórzanym fotelu, i wyłożyłem nogi na blat. Jego gabinet obity był boazerią, która przy obu końcach miała eleganckie ornamenty. Sufit był połączeniem krzyżowo żebrowym, a dodatkowo został wypełniony gontem. Podporę stanowiły dwie belki, które krzyżowały się na środku. Cała przestrzeń za najstarszym wampirem zapełniona była wysokimi po sufit regałami z wiekowymi, śmierdzącymi księgami. Gdzie niegdzie widziałem nawet zwoje pergaminu, na których to dawniej pisano wszystkie listy. Po mojej prawej stronie był barek, a obok niego czarna, skórzana sofa i dwa fotele. Źródłem światła, oprócz ogromnego żyrandolu z jelenich poroży, było ogromne, gotyckie okno z ozdobną gwiazdą przy zwieńczeniu. Jeszcze sto lat temu był w nim ogromny witraż, a gwiazda była rozetą.
Byliśmy tylko my dwaj i to mi się podobało. Nie lubiłem zbędnych świadków przy rozmowach. Wampir nalał nam trochę alkoholu, po czym przeczesał włosy i spojrzał na mnie.
– To co ci powiem, na pewno ci się nie spodoba.
– W czym znowu zawiniłem? – przewróciłem oczami i pokręciłem literatką w palcach.
– W niczym. Bardzo dobrze się sprawujesz, Dylan – pochwalił mnie i zapalił cygaro. Podsunął mi paczkę, lecz nie wziąłem, gdyż nie lubiłem ich. Wolałem zatruwać swoje niezniszczalne płuca papierosami. – Napisałem już listy do Slade’a i zaraz jak skończymy rozmawiać pojedziesz je dostarczyć.
– W jakimś stopniu się już na to przygotowałem – mruknąłem i zbliżyłem literatkę do ust, żeby upić kilka łyków.
– Zostaniesz na miesiąc w jego akademii – powiedział ze stoickim spokojem, a ja wyplułem zawartość ust na jego twarz z miną, która była na granicy rozczarowania, ze złością. Przetarłem z brody krople wódki, wycierając je w rękaw, i spojrzałem na najstarszego z szeroko otworzonymi oczami, które z wolna zmieniały kolor na czerwony przez poirytowanie. Nathaniel nie był zbytnio zadowolony, że ma na swojej twarzy whiskey i moją ślinę, lecz zacisnął usta w prostą kreskę i nie skomentował tego.
– Nie mówisz chyba poważnie – warknąłem ściskając mocno w dłoni literatkę, prawie doprowadzając ją do pęknięcia.
– Ależ mówię – westchnął i wyciągnął z kieszeni chusteczkę, którą wytarł całą twarz. Szybko zmiął ją w kulkę i rzucił do kominka, a płomienie błyskawicznie strawiły cały materiał. – Oprócz ciebie zostawimy tam jeszcze dwóch gwardzistów.
– Czemu mam kurwa siedzieć u łowców?! – uniosłem się i uderzyłem pięścią w blat biurka. Moje oczy zapłonęły, a żyły na twarzy stały się bardziej widoczne. Na najstarszym wampirze nie zrobiło to żadnego wrażenia i wciąż siedział spokojnie paląc swoje cygaro i spoglądając na mnie. Nigdy nie robiłem na nim wrażenia, bo… no cóż, widział w swoim życiu pewnie wszystko.
– Czyż to nie oczywiste? – westchnął i wypuścił dym drugim kącikiem ust. – Potrzebujemy na razie pokoju z nimi, a z tego co wiem, cała ich przyszłość to właśnie akademie. One z kolei są słabo obstawiane przez strażników, dlatego są zagrożone i stale atakowane przez stada upadłych.
– Jaki więc mają problem, że nie potrafią zadbać o własnych rekrutów? – warknąłem.
– Widzisz, Dylan – Nathaniel postawił niewielką miseczkę z lakiem na stojaku, pod którym paliła się świeczka i delikatnie mieszał, aby przyspieszyć proces przemiany ciała stałego, w ciecz. Widząc jak mozolnie mu to idzie, rzuciłem kilka iskier z dłoni, które błyskawicznie ogrzały lak do ciekłej konsystencji, co od razu spodobało się starszemu. – Łowcy mają swoją siedzibę bliżej południa i są naszymi zwiadowcami odnośnie wilkołaków. Będą nam przekazywać informacje na ich temat, ale musimy pomóc w szkoleniu rekrutów. – Wylał czerwoną ciecz na złożony papier, a następnie szybko odbił w nim herb Denverów, nim lak zdążył zastygnąć. Królewskiej pieczęci nie mógł otworzyć nikt, oprócz adresata. Nawet ja, jako książę nie miałem do tego prawa, choć korciło mnie to, żeby przeczytać, co takiego obiecał Nathaniel, a co miało związek ze mną.
– Mam ich szkolić? – rzuciłem niezadowolonym tonem i ociężale usiadłem na skórzanym fotelu.
– Szkoleniem zajmie się Simon – wyjaśnił namaczając długie pióro w kałamarzu. – Frost będzie mu w tym pomagał. Ty natomiast będziesz robił to co uwielbiasz. Nie bój się, dbam o księcia i nie pozwolę na to, żeby zbytnio się przemęczał. – powiedział z uśmiechem i spoglądnął na mnie tymi lodowatymi oczami. Zaraz po tym podpisał się na papierze.Przez większą część dnia możesz się byczyć ile chcesz, ale nocami będziesz musiał czyścić im las. Slade chce, aby akademia znów stała się bezpieczna, a upadli nie dają im spokoju. Przydasz się.
– Nie podoba mi się to – syknąłem pod nosem.
– Nie? – spojrzał na mnie perfidnie, przez co wiedziałem, że już nie ma odwrotu i choćbym się zapierał wszystkimi członkami, to i tak mnie tam wyśle. W niektórych sprawach nie dało się postawić na swoim, ani dojść do kompromisu. – To będzie kolejna twoja zasługa. Wyobraź sobie jak zwiększy się twoja przewaga nad Jasperem, gdy łowcy powiedzą o tobie dobre rzeczy. Poza tym, czemu masz opory? I tak większość swojego czasu spędzasz na polowaniu. Będziesz robił dokładnie to samo, tylko że u łowców.
– A co z jedzeniem? – warknąłem. – Poza tym, te biedne ludzkie istnienia są nietykalne i strachliwe, jak ja mam się tam pokazać?
– Nie musisz się pokazywać, ważne, byś zabijał upadłych. Resztę czasu możesz poświęcić swoim zajęciom. Przecież obaj doskonale wiemy, że pozbycie się tych bestii zajmie ci maksymalnie dwa dni. Później będziesz musiał wstawać jedynie po pojedyncze egzemplarze.
– Dobra – warknąłem.
– Oczywiście, jeśli Slade się na to nie zgodzi, wrócisz – odpowiedział i wyciągnął do mnie rękę z dwoma listami. – Jeśli jednak przystanie na tę propozycję, od razu u niego zostaniesz i zrobisz pierwsze oględziny całej akademii, po dwóch dniach wyślemy pozostałych dwóch gwardzistów. Oprócz tego, chcę abyś wysyłał do mnie raporty z tego, co tam się dzieje. Poza tym… lepiej żeby nikt nie wiedział, że jesteś księciem, więc nie unoś głowy i nie zadzieraj nosa. Wydam rozkaz Simonowi i Frostowi, żeby traktowali cię jak jednego ze swoich, żeby łowcy nie nabrali podejrzeń.
– Zrozumiałem.
– Masz jakieś specjalne życzenia? – dopytał. – Zostaniesz tam na miesiąc, chcesz coś zabrać ze sobą?
– Niewolnicę – odpowiedziałem od razu.
– Wykluczone! – rzucił oschłym tonem.
– W takim razie chcę samochód. Nieopodal akademii jest metropolia…
– Tak, wiem – przerwał mi. – Red Hills. Mają tam jedno z największych kasyn, więc na pewno się tam odnajdziesz. Dostaniesz swoje auto, ale tak jak wspominałem, nie ujawniaj tego, że jesteś księciem.
– Zostanę więc mordercą na zlecenie.
– Niech tak będzie. Pamiętaj, Dylan – spojrzał na mnie surowo – jeśli przez twoje zachcianki i tą niepohamowaną chęć mordu nasz pakt runie, nie będę pocieszony.
Ton jego głosu był tak ostry, że przełknąłem ślinę i zdobyłem się jedynie na skinienie głową. Odebrałem od niego dokumenty i wyszedłem pośpiesznie z gabinetu. Gdy drzwi się za mną zatrzasnęły, poczułem ulgę, ale niespełna sekundę później, zamieniła się ona w ogromną złość. Ledwo powstrzymałem się od tego, by rozszarpać listy na strzępy i mieć w poważaniu to, co mi kazał. Wiedziałem jednak, że moja butność jedynie mnie, wyszłaby na gorsze, nikomu więcej. Ruszyłem w kierunku swojej komnaty stawiając twarde kroki na dywanie i emanując energią na wszystkie strony. Nie zwracałem uwagi na nic, co działo się wokół mnie, tylko pędziłem przed siebie, dlatego, gdy potrąciłem służącą, która upadła na podłogę, nie obdarzyłem jej nawet spojrzeniem. Czerwony dywan skutecznie tłumił moje kroki, które ciężko stawiałem biegnąc do swojej komnaty. Gdy w końcu do niej wpadłem, zacząłem się rozbierać już od progu nie dbając nawet o to, czy drzwi są zamknięte, czy nie, ani o to, że pokojówki są obecne w komnacie. Brudne ubrania rozrzucałem po drodze robiąc z nich ścieżkę od pokoju dziennego, po łazienkę, gdzie zostawiłem ostatnie dwie skarpetki. Schowałem się za ścianką i odkręciłem kurki z wodą. Stanąłem pod strumieniem, oparłem się jedną ręką o płytki i dostrzegłem na wewnętrznej stronie wystające, fioletowe żyły. Obserwowałem, jak woda spływała po moim ciele i czułem, jak kojące, ciepłe krople odbijały się ode mnie.
– Panie? – zapytała cichutko jedna, ciemnowłosa służąca, stojąc obok ścianki z przygotowanym ręcznikiem. Spoglądnąłem na nią przez ramię, lecz trwało to raptem ułamek sekundy. – Czy masz jakieś życzenia?
– Przygotuj moją broń – warknąłem.
– Jak każesz – skłoniła się odkładając ręcznik na półkę.
Wiedziałem, że marnuję swój czas, ale nie spieszyło mi się do tego, by iść na wschód, do akademii. Dopiero kilka dni temu wróciłem ze swojej misji, a już otrzymałem kolejną i to do cholery taką, przez którą nie będę w domu przez miesiąc! Ciągle wyjeżdżam, wracam, wyjeżdżam i wracam! Nawet nie mam czasu, aby dopilnować spraw odnośnie mojej kandydatury do korony. Równie dobrze mogliby wysłać swojego najważniejszego księcia do łowców, żeby mógł godnie reprezentować wampiry. W końcu niesamowity z niego polityk…
Przepasany jedynie w biały, bawełniany ręcznik wyszedłem z zaparowanej łazienki i udałem się prosto do garderoby. Ubrałem na siebie czarne, sprane i nieco już obcisłe na udach spodnie, zasznurowałem ciężkie oficerki, nałożyłem czarny tank-top i zarzuciłem na ramiona swój ulubiony płaszcz, który zdobyłem w walce z tropicielem. Przewiesiłem przez ramię miecz, a w pasie zapiąłem pas ze specjalnymi kieszonkami i szlufkami do noszenia broni. Gdy wyszedłem z garderoby, na łóżku w alkowie były rozłożone wszystkie moje sztylety. Wybrałem kilka z nich, które schowałem w poszczególnych szlufkach, bądź kieszonkach.
– Wyjeżdżam na miesiąc – powiedziałem do ustawionych w szeregu pokojówek. – Chcę, abyście były moimi uszami i oczami na dworze, ale nie życzę sobie żadnych skandali z waszym udziałem – zagroziłem, przez co kobiety skinęły głowami. – Pamiętajcie, że to mnie służycie, nie innym wampirom. Jeśli się dowiem czegokolwiek, nie myślcie sobie, że będę litościwy. Zrozumiałyście?!
– Tak, panie – odpowiedziały chórem.
– Oby tak było – mruknąłem.
Pogłaskałem jeszcze po policzku dziewczynę, którą ostatnio ugryzłem i wyszedłem z komnaty, zakładając kaptur na głowę. Ponownie dywan stłumił moje kroki w ciężkich oficerach, które uwielbiałem nosić, a zwłaszcza dlatego, że uderzenia nogą były w nich jeszcze mocniejsze, a wszystko dzięki grubej podeszwie i wykonaniu ze skóry.
Szedłem pewnym krokiem wiedząc co mam zrobić. Musiałem znaleźć jakieś zalety w tym, że będę u łowców, inaczej zaszkodzę samemu sobie. Nie podobało mi się również to, że miałem pisać listy do Nathaniela. Wiedziałem, że w ten sposób będzie chciał sprawdzić moje zdolności do spójnego tworzenia zdań i to mnie najbardziej wkurzało. No bo, co niby miałbym pisać w tych listach? Dla mnie było to cholernie niepotrzebne i chyba puszczę w niepamięć to, co mi rozkazał. Już chyba wystarczającym poświęceniem było to, że musiałem tam jechać. Nathaniel nie zadbał o to, by dać mi limuzynę, karocę czy cokolwiek, czym się jeździ, lecz musiałem sam na piechotę dotrzeć na wschód. Teoretycznie, mógłbym zabrać jednego z koni, ale co później bym z nim zrobił? Natomiast dwór byłby niepocieszony, gdyby okazało się, że jeden z ich szlachetnych rumaków został zagryziony w lesie, albo zagłodzony u łowców. Oczywiście dostanę swój samochód, lecz dopiero wtedy, gdy przybędą gwardziści. Wiedziałem, że Nathaniel specjalnie tak wszystko ustawił, bym zdążył już w trakcie drogi do szkółki wymordować spotkanych upadłych.
Wyszedłem z pałacu i od razu przyciągnąłem uwagę wszystkich przechodniów. Panny uciekały na bok widząc mnie, a lordowie spoglądali nieco nieufnym wzrokiem. W tym stroju przypominałem tropiciela, a nie czystokrwistego następcę tronu wampirów, dlatego nie dziwiłem się ich reakcjom. Szedłbym w spokoju dalej, gdyby nie pewna, drobna osóbka, która zagrodziła mi drogę, kolejny raz. Jej blond włosy falowały wokół twarzy, delikatnie poruszane przez wiatr. Mrok panujący wokół idealnie podkreślił jadeitowy odcień jej oczu, a smukła, zielona sukienka delikatnie unosiła się na wietrze wyszczuplając talię blond dziewczyny. Miała szczery uśmiech, a w oczkach dostrzegłem iskierki szczęścia. Za nią stało kilka innych panienek, które były nieco starsze od niej, ale wciąż nie zaliczały się do prawdziwych, pełnoletnich dam.  
Nim się spostrzegłem, dziewczynka podbiegła w moją stronę, bez oporu wsunęła ręce pod mój płaszcz i przytuliła się do mojej piersi tak blisko, jakbym był jej krewnym, albo narzeczonym. Chciałem się cofnąć, lecz mała Feltonówna jeszcze bardziej do mnie przylgnęła, co już w ogóle mi się nie spodobało. Byliśmy tuż przed bramą wjazdową do pałacu, wszędzie roiło się od szlachty, służby i gwardii, a Laurel przytulała się do mnie tak, jakbyśmy ewidentnie coś ze sobą mieli wspólnego. Żałowałem, że należała do rodziny królewskiej, bo gdyby nie to, spaliłbym ją żywcem za takie bezmyślne działanie.
– Laurel… – wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
– Dziękuję – wyszeptała podnosząc na mnie swoje oczka pełne łez, które raczej mówiły o szczęściu, niźli smutku. – Tata obiecał, że sprowadzi kogoś, kto pokaże mi jak walczyć! To dzięki tobie, wasza wysokość!
– Tak, tak, wiem – wymruczałem pospiesznie i wymijająco. – Możesz mnie już puścić? Mam ważną misję, spieszę się.
– Jak mogę się odwdzięczyć, książę? – zapytała słodko. Było to nie lada dziwne, a już na pewno podejrzane.
– Po prostu bądź dobra w tym, o czym marzysz – odpowiedziałem jej, po czym złapałem ją za ręce i uwolniłem się z uścisku.
– Więc chociaż tak mogę się odwdzięczyć… – korzystając z tego, że się pochyliłem, wspięła się na palce i złożyła słodki, niewinny pocałunek na moim policzku. Następnie skłoniła się tak, jak była nauczona i w podskokach odeszła do swoich towarzyszek, które wyglądały tak, jakby nie wierzyły temu, co właśnie zobaczyły.
Ja natomiast nie byłem pewien, czy wierzyłem w to, czego doznałem. Już sam nie wiedziałem czy mam być zły, czy wkurwiony. Chciałem urokliwego pocałunku za uratowanie życia, to się właśnie takiego doczekałem! Bardzo dobrze, że jadę na miesiąc do łowców, może akurat po takim okresie ucichną trochę plotki o naszym romansie. Wolałem mieć spokój od podejrzliwych spojrzeń i wszech panujących plotek. Zaciskając zęby odwróciłem się pospiesznie i odszedłem zostawiając świergoczące panienki za sobą. 
Witajcie Kochani! Wiem, że rozdział to jakiś kolos, ale chyba będziecie musieli do takich przywyknąć :D Zwłaszcza z jego perspektywy. Zmieniłam nieco zakładkę bohaterów, dodałam kilku nowych, o których będzie mowa w przyszłych rozdziałach, a także dodałam tę niesforną lady Felton :D
Zasadniczo dużo się nie działo, ale wiadomo, to dopiero początkowe rozdziały, wszystko musi być ładnie, pięknie opowiedziane i wprowadzone, żeby dopiero ruszyć z akcją, a tak naprawdę, cała akcja już w przyszłym rozdziale ruszy z kopyta! 
Co powiecie na temat Dylana i jego wspomnień oraz zwierzeń? Widać w nim namiastkę uczuć? Mnie się wydaje, że tak :P 
Będę wdzięczna za każdy komentarz :* Pozdrawiam Wszystkich!

PS: Wie ktoś może, jak wyjustować ten głupi tekst? :c Piszę w wordzie i wszystko jest cacy, wklejam tutaj i normalnie armagedon! ;-; Help me please :c