piątek, 16 grudnia 2016

Rozdział 2.3

W żyłach wciąż czułem krew dziewczyny, którą ugryzłem przed wyjściem na spacer i musiałem przyznać, że dawała mi dużo sił, a przede wszystkim dobry humor na najbliższe ciągnące się godziny. Czułem się młodo i rześko w tym starym, ponad wiekowym ciele, a to dobrze świadczyło o jakości hemoglobiny! Wygląda na to, że dziewczyna stanie się teraz moją ulubioną przekąską, co o ironio, nie będzie się biednej śmiertelniczce podobało. Posiadanie ludzkich niewolnic było o wiele lepsze, niż zatrudnianie wampirzyc, które nie dość, że żądały wysokiej sumy, to dodatkowo nie reprezentowały sobą ani krzty urody, czy wdzięku. Może i nadprzyrodzone potrafiły więcej i szybciej zrobić, ale trzeba było liczyć się z tym, że zazwyczaj podsłuchiwały i przekazywały tajemnice innym, a oprócz tego lubiły się stawiać. Zamiast wypłacać się służbie, wolałem po prostu zrobić najazd na jakąś wieś i porwać sobie ludzką kobietę, którą później łatwo przekształcałem w wierną niewolnicę. Zresztą nie tylko ja tak czyniłem, bywało tak, że wraz ze mną na taki najazd wybierał się cały oddział gwardii i kilku innych, przeciętnych wampirów. Każdy mógł mieć człowieka u siebie, ale całe porwanie należało wykonać tak, by nie było przy tym świadków, ani podejrzeń. Dlatego najczęściej wybierane były małe wsie, gdzie szybko można było wymazać z pamięci wszystkich te kilka kobiet. Z miastami było łatwiej, ponieważ na tyle tysięcy ludzi nikt nigdy nie zauważa zniknięcia jednej z wielu.
Śmiertelniczki były zastraszane, bite i nieszanowane, dlatego bały się pisnąć choćby słowem, już tym bardziej nie próbowały odszukać swojego starego domu, czy chociażby nawiązać z nimi jakikolwiek kontakt. Przywiązywały się do swojego właściciela i przesiąkały naszym życiem na tyle, by nie myśleć o tym co było. Może i byliśmy dla nich brutalni, ale żaden z wampirów, należący do rodziny królewskiej nie chciałby, aby jego tajemnice wychodziły poza mury komnaty, a wierna służba była zawsze potrzebna i nagradzana, gdy dowiodła swojej lojalności. Ja i tak byłem wobec nich delikatny! Mój stryj Richard wycinał podwładnym języki, żeby nie zdradzili jego planów. Natomiast kobiety zawsze traktował jak dziwki, na których wyżywał się. Prawdopodobnie do teraz nic się nie zmieniło. Wszyscy doskonale wiedzą, że tropiciele słyną z tego, że po ciężkich treningach masowo gwałcą kobiety, więc dla Richarda, bycie królem w ich zamku musi wiązać się z tym, że ma swój własny harem najbardziej urokliwych panienek.
Zazdrośnik! – zaśmiał się głos w mojej głowie, który całe szczęście zignorowałem.
Zatrzymałem się nagle tuż obok pięknych, białych lilii, przy których przykucnąłem i zacząłem zrywać układając skromny bukiet w dłoni. Matka zawsze lubiła białe lilie i to ja pierwszy się o tym dowiedziałem, choć tak naprawdę zerwałem je przypadkowo, tylko po to by zdenerwować ogrodniczego. Lubiłem sprawiać jej przyjemność, gdy byłem młody. Uśmiechnąłem się pod nosem i wpatrzyłem się w kwiaty. W dniu swojej śmierci, również trzymała je w dłoni. Pamiętam, jak bordowa, gęsta krew spłynęła po płatku do kielicha zmieniając jego białą barwę, w czerwoną. Umarła z uśmiechem na ustach i z ulubionymi kwiatami w dłoni, tak jak sobie życzyła. Nie została ścięta, spalona, czy przebita kołkiem. Jak królowa, zasnęła w łóżku, za sprawą swojego własnego syna, a nie wroga. Spełniłem każdą jej zachciankę, zrobiłem to tak jak sobie życzyła, a mimo tego Jasper miał mi to za złe i chyba nigdy nie przestanie.
Z jednej części ogrodu, przedostałem się na drugą, dzięki niewielkiemu, półokrągłemu mostkowi nad płytkim strumykiem, w którym pływały kolorowe rybki. Potok wpadał do niewielkiego jeziorka, a stamtąd woda przefiltrowywana była z powrotem, do niewielkiego źródełka z wodospadem. Gdyby była to zwykła woda z rzeki, prawdopodobnie niska temperatura zabiłaby kolorowe stworzonka, a przecież takie niegodziwości nie mogły mieć miejsca w domu królów! Zaśmiałem się z głupoty Denverów, po czym zdałem sobie sprawę, że śmieję się sam z siebie, więc plasnąłem się w czoło.
Wszedłem w alejkę zadaszoną pergolą, na którą wspinały się naprzemiennie białe i czerwone róże, między którymi były ukryte niewielkie, zewnętrzne lampy, które oświetlały kwiaty. Oprócz tego z pergoli zwisały lampiony oświetlające drogę. Przede mną spokojnym krokiem kroczyła para pawi, których w ogrodzie było całe mnóstwo. Przeszedłem między nimi i skręciłem w bok, wychodząc z różanej alejki. Przemierzyłem wąskie ścieżki między kwiatami, minąłem kilka posągów między równo przycinanymi rzędami bukszpanów, tworzących przeróżne wzory i wszedłem w odpowiednią dróżkę między tujami, która prowadziła do krypty Denverów. Aleja była wysypana białym, drobnym kamieniem odbijającym światło księżyca. Już po chwili tuje zmieniły się w wysokie wierzby, które prowadziły prosto do ogromnej wapiennej skały, gdzie była kaplica z trumnami. Wierzby zawsze uchodziły za drzewa posiadające dusze i te wiecznie zasmucone, dlatego wydawało mi się to adekwatne do miejsca spoczynku naszych przodków, podobnie jak tym, którzy tego zażyczyli od ogrodniczych. Wejście do krypty pilnowane było przez dwa posągi śpiących lwów trzymających w pyskach misy wypełnione woskiem i tłuszczem, w których teraz jarzyły się knoty mocno kopcąc się przy tym. Tuż nad wielkimi, mosiężnymi drzwiami rozciągały się szeregi archiwolt i płaskorzeźb, po których wspinał się bluszcz. Ogromne mosiężne drzwi były wysokie na osiem stóp i na dodatek okute z zewnątrz.
Złapałem antabę i otworzyłem jedno skrzydło, a ciężkie skrzypnięcia towarzyszyły mi przy tym. Nie czekając, wszedłem do środka, a półmrok od razu mnie przywitał, oraz typowy chłód jaskini. Wziąłem jedną pochodnię, która włożona była w stojak i zapaliłem ją używając jedynie siły swojej energii. Oświetlając sobie drogę, zacząłem schodzić w podziemia, do właściwej krypty, gdzie były wszystkie trumny. Zapalałem każdą napotkaną pochodnię, lub coś, co zawierało w sobie odrobinę nafty czy wosku. Nie musiałem się nawet wysilać, by tego dokonać, ponieważ ogień i iskry same reagowały na mnie. Gdy dotarłem do krypty chłód ogarnął moje ciało, a w nozdrzach poczułem zapach starego drewna i trupów. Sarkofag z trumną mojej matki był w drugiej komorze. Również zrobiony był z białego kamienia, którego pokrywę stanowiła postać wampirzycy w śnie, z lilią w dłoni. Szybko rozpaliłem wszystkie świece, znajdujące się przy jej grobowcu, a do wazonu nalałem wody, z mosiężnego dzbana i włożyłem świeże kwiaty.
– Widzisz, matko? – mruknąłem pod nosem pochylając się nad pokrywą, żeby uścisnąć zimną dłoń rzeźby, w geście powitania. – Zabiłem cię, a mimo to przychodzę na twój grób i pamiętam o tobie. – Lecz cisza była jedyną odpowiedzią. Gdzieś w tle usłyszałem spadającą kroplę, która rozbrzmiała echem po całej krypcie, gdy wpadła do kałuży. Przez dłużą chwilę panowała cisza, a ja wpatrzony byłem w twarz posągu mającego na celu przypominać nam wygląd Mariny. – Uważasz, że jestem zły? – usiadłem opierając się o jej grobowiec. – Myślisz, że nie zasługuję na to, by nosić koronę?
Czemu ciągle myślałem jedynie o władzy…?
Ze zmarszczonym czołem popatrzyłem naprzeciwko, gdzie spoczywał Carol Denver z żoną. On, jako król miał dużo piękniejszy sarkofag niż moja matka. Jego zrobiony był z białego marmuru, ze złotymi elementami i drogocennymi kamieniami. Zupełnie, jakby pośmiertnie te bogactwa miały mu się do czegoś przydać. Jego posąg stał dumnie wyprostowany, a złota korona błyszczała na głowie, między idealnie przystrzyżonymi, delikatnie falowanymi włosami. Spojrzenie było ciepłe, a uśmiech na twarzy świadczył o dobroci byłego króla. Rzeźbiarze zawsze mieli pełne ręce roboty, kiedy dostawali od nas zlecenie. Przedstawienie postaci, które najczęściej już nie żyły, było cholernie trudne i podziwiałem ich talent do kucia w kamieniu, choć… przecież to właśnie za to im płacono.
Spoglądając ponownie na twarz króla byłem ciekaw, dlaczego tak naprawdę Richard go zamordował. Przecież nie mogło chodzić jedynie o władzę, chyba, że mój stryj był bardzo chciwym typem wampira. Nie studiowałem jego historii, lecz wiedziałem, że nie uchodził za przyjemnego mężczyznę, ani tym bardziej za takiego, który mógłby iść na ustępstwa. W czasach kiedy miało dojść do przekazania władzy jednemu z synów Lewisa, wojna wisiała w powietrzu i największą głupotą jaką zrobili radni, było oddanie władzy Michaelowi. Mój brat był tak samo nieporadny w kwestiach batalistycznych, co nasz szalony ojciec. Cieszyłem się z tego, że go nie przypominałem.
– Dlaczego Richard był tak zły? – zapytałem matkę, lecz tak samo jak wcześniej, nie otrzymałem odpowiedzi. Momentami czułem się głupio z tym, że rozmawiałem z wysuszonymi, zahibernowanymi zwłokami, lecz od czasu do czasu drobne wyznania były mi potrzebne, a ona prosiła byśmy mówili jej o swoich przemyśleniach. W ten sposób chciała pozostać świadoma tego, że wciąż jest z nami. – Dlaczego kochałaś Michaela? – pytałem nadal, głęboko wpatrzony w twarz króla. – Dlaczego, matko, pokochałaś tylko pierwszego syna? Czemu nie broniłaś mnie przed tym tyranem? – ciągnąłem z wyrzutem, lecz zaraz zaśmiałem się stłamszonym głosem. – Pamiętasz, jak przynosiłem ci lilię? Uśmiechałaś się zawsze do mnie tak ciepło, myślałem wtedy, że jestem dla ciebie ważny, lecz gdy cię potrzebowałem, nie było cię. Nawet nie wiesz, jak bardzo cię nienawidzę i jak mocno potrzebuję i kocham – wyciągnąłem jeden kwiat z flakonu i obróciłem go kilkukrotnie w palcach. – Twoje zachowanie próbuje sobie wytłumaczyć tym, że bałaś się Michaela, lecz zaraz przychodzi ta ponura świadomość, że gdy chodziło o Jaspera, potrafiłaś przyjąć jego karę na siebie. Co tobą motywowało, matko?
Spuściłem głowę i przeczesałem sterczące włosy palcami, a kwiat z powrotem włożyłem do wody. Przesiedziałem kolejne chwile wpatrując się w grób byłego króla, gdy usłyszałem pojedyncze, bardzo słabe uderzenie jej serca. Żyła i słyszała wszystko co do niej mówiłem. Wolałbym jednak, żeby usłyszała to ode mnie stojąc tuż obok, a nie w takim stanie. Wiedziałem, że aby obudzić czystokrwistego wampira, potrzeba zgody całej rady i konkretnego celu ku temu. Miłość do matki nie była żadnym powodem, dlatego Marina wciąż pozostawała uśpiona, a mnie pozostawały jedynie zwierzenia.
– Zobacz, co ze mnie wyrosło – zaśmiałem się sam z siebie. – Potwór jakich mało na tym świecie. Kobiety się mnie boją, ja sam nie czuję potrzeby ratowania ich, czy chociażby próbowania flirtów. Przez moją inność jestem nieakceptowany tutaj i widzę to, mimo iż jestem ich księciem. Czyż nie powinni na mnie patrzeć z uwielbieniem, tak jak patrzą na twojego ukochanego Jaspera? – zapytałem spoglądając na jej marmurową twarz. – Co chciałaś osiągnąć tym, że pozwalałaś na to, bym był tak bity? Czego ode mnie wymagałaś, matko? Nie mogłaś mi tego po prostu powiedzieć, poprosić?
Spuściłem wzrok i przejechałem palcami po policzkach kobiety, której nigdy w życiu nie będę w stanie zrozumieć. Była moją matką i kochałem ją za to, ale nienawidziłem jej prawie równie mocno.  
– Dylan? – usłyszałem nieopodal miękki baryton swojego brata, dlatego podniosłem na niego swój wzrok. Stał przy ścianie niepewnie, wpatrzony z zaskoczeniem we mnie, trzymając w dłoni jeszcze większy i piękniejszy bukiet lilii, niż ten, który przyniosłem, oraz pokaźny kryształowy lampion. Na pewno podsłuchiwał moich zwierzeń, co od razu mi się nie spodobało. – Nie spodziewałem się ciebie o tej porze.
– Już wychodzę – ująłem zimną dłoń posągu swojej matki w geście pożegnania.
– Zostań – zbliżył się. – Przecież cię nie wyganiam. – Następnie włożył do sąsiedniego flakonu swój bukiet, a obok niego postawił lampion. Przesunął swoimi dłońmi po marmurowej postaci i uśmiechnął się blado, wpatrując się w spokojną twarz Mariny. – Tęsknisz za nią?
– Owszem – odpowiedziałem krzyżując ręce na piersi. – Przyrzekłem jej zemstę, w taki sposób wyrażam swoją miłość do niej.
– Nigdy nie powiedziałeś mi, co jej zrobili – spojrzał na mnie z wyrzutem w oczach, a ja jedynie wzruszyłem ramionami. – Mógłbym ci jakoś pomóc…
– Działam sam, Jasper – uciąłem. – A jeśli chcesz poznać sekrety tortur, które na niej stosowali, dopytaj się Lewisa.  
– Dylan – złapał mnie za ramię i zatrzymał, nim zdążyłem się odwrócić. – Chyba powinniśmy porozmawiać o tym, co nas czeka w zimie.
– Nie ma o czym rozmawiać – odwróciłem od niego wzrok. – Chcę władzy tak samo jak ty, i wiem, że sprawdziłbym się jako król. Nic więcej mną nie kieruje.
– Ale wiesz, że w historii to najstarszy z rodzeństwa przejmował władzę. – Powiedział pewniej, ściskając mocniej swoje palce na moim ramieniu. Miałem odebrać to jako wyzwanie, czy może aluzję do tego, że nie mam z nim szans? A może w ogóle o coś innego mu chodziło? Popatrzyłem się na niego spod przymrużonych powiek uważnie śledząc ruchy mięśni na jego twarzy.
– Jeśli rada wybierze ciebie, to nie bój się, nie wbiję ci sztyletu w plecy – odrzekłem. – Ale nie chciałbym później żałować, że nawet nie spróbowałem – uśmiechnąłem się blado pod nosem, lecz nagle ten niewinny uśmiech przerodził się w czystą kpinę. – Wojna wisi w powietrzu, braciszku. Dobrze wiesz, że jeśli nie sprawdzisz się jako dowódca i dobry król, to rada szybko odwoła cię z twojego stanowiska.
– Nie martw się o moje zdolności do kierowania wojskiem – mruknął urażony.
– Mam o co się martwić – wyswobodziłem się z jego uścisku. – Nie chcę aby nasza rasa wyginęła tylko dlatego, że nie będziesz w stanie podejmować słusznych decyzji.
– Dlaczego jesteś taki złośliwy dla mnie?! – wyskoczył nagle, co mnie zaskoczyło, ponieważ nie często dawał się ponieść emocjom, a już zwłaszcza przy mnie. Wiedział, że odbieram to jako oznaki jego słabości więc na siłę chciał mi udowodnić, jaki on to nie jest męski… – Dylan, bracie! – złapał mnie za ramiona i zbliżył się gwałtownie, przez co zapach jego wody kolońskiej podrażnił mi nozdrza. Ostatnim razem byliśmy tak blisko siebie, gdy jeszcze obaj byliśmy niewinnymi szczeniakami. – Ja też chcę władzy z tych samych powodów co ty! Czy to powód do tego, by mnie nienawidzić?
– Nie odwracaj kota ogonem, bo sam mnie znienawidziłeś, gdy Nathaniel pozwolił mi rywalizować z tobą.
– Gdybym cię znienawidził, inaczej wyglądałoby nasze życie – odpowiedział poważnie, wciąż patrząc mi w oczy tymi swoimi lodowatymi tęczówkami. – Nie ukrywam tego, że cholernie zazdroszczę ci tych zdolności przywódczych i talentu do walki, ale to nie jest powodem do tego, by cię nienawidzić. Jesteś moim bratem, do cholery.
– I co zrobiłeś, żeby uściślić nasze więzi?! – odepchnąłem go na tyle mocno, by uderzył plecami o grobowiec matki. – Odebrałeś mi oboje rodziców, a gdy już trochę podrosłeś i zacząłeś obracać się w towarzystwie szlachty, od razu o mnie zapomniałeś. Przecież byłeś księciem, nie musiałeś się zajmować swoim młodszym bratem! To ja pierwszy odkryłem to, że kochała lilie i to ja pierwszy je przynosiłem dla niej, a ty mi to odebrałeś! To nie ty stawałeś w obronie matki, gdy Michael chciał ją na siłę zaciągnąć do łóżka i to nie ty byłeś publicznie karany przez własnego ojca. To nie ty nosisz bliznę na twarzy, która jest pamiątką po tym, jak pierwszy raz doświadczyłem siły energii obcego wampira. Czy ty kiedykolwiek to poczułeś?!
– Przestań…
– Jesteś tak samo zimny, jak nasi rodzice. – powiedziałem surowym tonem. Widząc przejęcie na twarzy braciszka domyśliłem się, że ta uwaga musiała go w jakiś sposób zaboleć i nawet mi się to spodobało. Nie pamiętam kiedy ostatnio aż tak potrzebowałem tego, żeby wyrzucić z siebie wszystkie urazy, które mnie męczyły. – Posiedź tu i popłacz nad nią, bo twoich łez najwyraźniej potrzebuje jej truchło, nie moich.
Odwróciłem się na pięcie i udałem w kierunku krętych schodów na górę, zostawiając brata samego z trupem naszej pani matki. Całe szczęście nie próbował mnie zatrzymywać, dlatego szybkim krokiem pokonywałem schodek za schodkiem, aż w końcu znalazłem się poza murami rodzinnego grobowca. Odetchnąłem z ulgą, gdy do moich nozdrzy doszedł zapach kwiatów i lasu, a nie zgnitych, leżących wiekami ciał. Spojrzałem w piękne, gwieździste niebo, czując jak przyjemnie chłodny wiatr muska moje policzki. Całe moje ciało drżało pod wpływem emocji. Już dawno nie poniosło mnie w taki sposób i czułem, że powiedziałem zbyt dużo w stronę brata. Jednakże… miałem do niego uraz o to, że zapomniał o mnie, gdy tylko podrósł. Zawsze wolał zabawy z innymi wampirami, a nie ze mną. Mój własny brat skazał mnie na samotność i o to byłem na niego wiecznie obrażony.
Uczucia… kiedy ostatni raz byłem w stanie je poczuć? Nie pamiętałem, kiedy zrobiłem coś dobrego z własnej woli, ani tego, kiedy ostatni raz okazałem namiastkę uczuć jakiejś kobiecie. Jedyne co odczuwałem, to chęć nasycenia się, mordu i stałego dokuczania innym. Zostałem degeneratem, upadłym w emocjach i chyba nie było dla mnie żadnego ratunku, choć… czy w ogóle tego potrzebowałem? Najwyraźniej tak, skoro tak bardzo bolało mnie to, że moi rodzice nie okazywali mi miłości. Z drugiej jednak strony… czy przez ten brak miłości nie wyrosłem na mężczyznę? Wręcz przeciwnie, stałem się silniejszy i lepszy niż ten ich kochany Jasperek. To mi wystarczało. Zresztą… teraz nawet nie chciałbym sobie wyobrażać tego, co by się działo, gdyby rodzice żyli. Ojciec najprawdopodobniej wykląłby mnie z rodu i zostałbym skazany na wieczną tułaczkę, lub po prostu nie wytrzymałbym i zamordowałbym głupiego, szalonego króla, co ponownie skutkowałoby ucieczką i tułaczką.
Poprawiłem swój płaszcz i ruszyłem alejką w kierunku pałacu. Rozmasowałem swój kark, a następnie zatrzymałem się tuż przy niewielkiej fontannie, na kraju której siedział pokaźny paw. Jego długi ogon zwisał za nim niczym peleryna królewska, a dumny grzebień na czole przypominał mi koronę. Uśmiechnąłem się blado pod nosem, a po chwili wyciągnąłem rękę w kierunku ptaka. Dotknąłem delikatnie jego piór, które okazały się niezwykle miłe w dotyku. Stworzenie spoglądnęło na mnie z zaciekawieniem, lecz nie odleciało od razu, co uznałem za dobry znak. Może nie każdego na tym terenie przerażałem…
– Wasza wysokość. – Od razu skierowałem głowę w kierunku, z którego pochodził głos, który mi przeszkodził i dostrzegłem niewielkiego, wątłego posłańca. Od razu mężczyzna skłonił się nisko, a gdy tylko wyprostował się, rzekł: – Lord Nathaniel wzywa cię do swojego gabinetu.
– Zrozumiałem – mruknąłem.
Wcisnąłem dłonie w kieszenie i minąłem go. Nie spieszyłem się, ponieważ wiedziałem, że nawet nie mam po co. Poza tym Nathaniel już przywykł do tego, że nigdy nie stawiałem się u niego sekundę po tym, jak dowiem się, że mnie wzywa.
Przechodziłem spokojnie obok posągu Christophera, gdy nagle płomień z jego pochodni strzelił iskrami, które zawirowały w powietrzu i zastygły. Spojrzałem na to dziwne zjawisko, które wywołało we mnie falę wspomnień, spowolniły czas i ścisnęły wszystkie moje narządy wewnątrz. Tak samo wyglądały iskry energii mojego ojca w tamtym, pamiętnym dniu. W dniu, w którym znienawidziłem go na dobre i życzyłem mu jedynie śmierci.
Szedłem zadowolony korytarzami, oświetlanymi przez pochodnie, w których płomienie migotały wesoło, gdy je mijałem. Miałem zamiar w końcu pochwalić się swojemu ojcu tym, jakiego spektakularnego odkrycia doznałem. Moja matka wiedziała już od dawna i to ona zaproponowała mi, żebym pochwalił się również ojcu. Liczyłem na to, że będzie ze mnie dumny, w końcu, po raz pierwszy w życiu. Rzadko w rodzie Denverów występował żywioł ognia, a mnie właśnie przypadł zaszczyt władania nad nim. Nie wiedziałem jeszcze, jak zapanuję nad stale wariującą energią w mojej duszy, ale przeczuwałem, że będę równie potężny co Marcus, a może nawet lepszy, a przynajmniej taki miałem zamiar i tego chciałem dopiąć. Chciałem być lepszy od wszystkich! Równie silny, potężny i niesamowity co Christopher! Z tego też powodu, uśmiech nie schodził z mojej młodej buźki, iskierki w oczach wesoło tańczyły, a ja sam miękko stąpałem po dywanie w eleganckich, skórzanych lakierkach.
– Dobry wieczór, paniczu – ukłonił mi się strażnik, który stał tuż przy drzwiach do komnaty moich rodziców. Uśmiechnąłem się do niego jedynie ukazując moje krótkie, młode i mleczne kły.
Szybko pchnąłem jedno skrzydło drzwi i wszedłem do środka, lecz gdy do moich stosunkowo młodych nozdrzy doszedł zapach krwi, gwałtownie zatrzymałem się i rozejrzałem po nieco zdemolowanym salonie. Wazon z kwiatami leżał rozbity na podłodze w kałuży, na pikowanej sofie były ślady po pazurach, a kilka kropel krwi tworzyło ścieżkę do alkowy. Nie chciałem tam iść i przez długi czas biłem się z własnymi myślami. Powinienem wyjść, ale… co jeśli ojciec miał gorszy dzień i teraz bił matkę? Powinienem jej bronić, byłem w końcu jej synem, przyszłym mężczyzną. Dwór wychowywał mnie tak, bym bronił kobiet. Jakim będę dżentelmenem, jeśli nie będę w stanie obronić nawet własnej matki?
Zacisnąłem więc dłonie w pięści i ruszyłem cicho w stronę alkowy, starając się, aby nie nadepnąć na żaden odłamek szkła i nie narobić hałasu, bowiem ojciec był ode mnie starszy i bez problemu wyczułby każdy zły ruch z mojej strony. Musiałem być cichy niczym kot, w inny sposób nie zaskoczę go.
Gdy byłem bliżej drzwi, usłyszałem jakieś stłumione jęki. Zapach krwi był mocniejszy, przez co przełknąłem ślinę czując, jak kiełki same wysuwają się. Zacisnąłem mocniej dłonie czując nagły przypływ siły. Na pewno sobie poradzę, przecież mam już siedem lat!
Zaciskając usta pchnąłem drzwi do alkowy i stanąłem jak wryty widząc nieprzyjemną, na owe lata, scenę. Dwoje nagich wampirów, mój ojciec i jedna z dwórek mojej matki, szalało na łóżku tuż przede mną, zachowując się niczym zwierzęta. Ona wypinała się w jego stronę, a król Denver wgryzał się w jej szyję, przez co jęczała i pchał ją jakby była tylko psem. Cała ta scena przyprawiała mnie o mdłości i sprawiła, że poczułem się bardzo niekomfortowo, jednak najbardziej rozdrażniło mnie to, że ojciec zdradzał matkę z inną kobietą i to jeszcze w ich małżeńskim łożu. W ich wspólnej komnacie, w miejscu, gdzie powinni przebywać jedynie oni.
– Michael… – trąciła go jasnowłosa kobieta, której jadeitowe oczy spoczęły na mnie. – Michael, twój syn!
Ojciec oderwał się od jej szyi i przeniósł na mnie swoje krwistoczerwone oczy, przez co cofnąłem się pod drzwi z przerażenia. Usta miał całe w krwi, która powoli spływała po jego brodzie, natomiast wyraz twarzy był tak ostry, że już przeczuwałem jego zamiary. Włoski na karku stanęły mi dęba i nagle straciłem zdolności do oddychania. Bałem się go, zwłaszcza po tym, jak publicznie sprał mnie za to, że przeszkodziłem w jego zebraniu.
– Nie masz co robić, gówniarzu?! – ryknął błyskawicznie odklejając się od kobiety, która opadła na łoże i szybko zasłoniła się pościelą. Nie zdążyłem nawet mrugnąć, gdy poczułem, jak jego energia ściska mi wszystkie narządy. Ból był okropny i resztkami sił powstrzymywałem się od tego, by nie zacząć płakać i prosić go, by przestał. W jednej chwili znalazł się tuż obok mnie, a jego zimne i groźne spojrzenie przeszyło mnie na wskroś.
– Tato… proszę nie – jęknąłem przez łzy.
Lecz Michaela nie obchodziło to, co do niego szeptałem wyjąc z bólu. Energia, która wokół niego krążyła raniła nawet jego kochankę. Moje narządy były na granicy wytrzymałości, podobnie jak głowa, która pulsowała nieznośnie. To było jednak niczym w porównaniu z tym, co wydarzyło się sekundę później, gdy ojciec zamaszystym ruchem złapał mnie za kołnierzyk i postawił do pionu, żeby zadać mi cios z pięści w twarz. Łzy poleciały z moich oczu, a na wargach już czułem krew kapiącą z nosa.
– Ojcze proszę cię… przecież nic nie zrobiłem…!
Lecz on jedynie uderzył mnie. Jego pazury wbijały mi się w szyję, a energia iskrzyła się wokół nas. Widziałem to szalone spojrzenie, pełne nienawiści do mnie, choć… nie miałem pojęcia za co tak bardzo mnie odrzucał.
– Te małe ślepia nie będą ci już do niczego potrzebne!
Gdy uniósł nożyk do góry, nastawiony ostrzem prosto w moje prawe oko, wiedziałem, że jeśli czegoś nie spróbuję, skończę bez oczu. Ostrze błyszczało odbijając światło księżyca i przerażało mnie. Przez łzy wykrzesałem z siebie ledwie jedną iskierkę, która rozśmieszyła mojego ojca, poniżając mnie jeszcze bardziej. Gdy spróbowałem go uderzyć, moje ręce były zbyt krótkie, żeby go dosięgnąć. Wtedy ojciec, śmiejąc się przy tym z okropną drwiną, zamachnął się nożykiem i rozciął mi pół twarzy jednym, zamaszystym ruchem. Zapiszczałem z bólu łapiąc się za ranę, z której krew tak szybko wylewała się, że aż wypełniała mi oko. Wielokrotnie byłem raniony, lecz ból mijał po kilku sekundach, a teraz palił moją skórę, a rana w żaden sposób nie chciała się zagoić. Nie czułem tego przyjemnego mrowienia, towarzyszącego wszystkim leczącym się zranieniom, lecz ból, który rozprzestrzeniał się z twarzy na resztę ciała. Rzuciłem się na podłogę wciąż płacząc i krzycząc, a nad sobą widziałem ojca z miną zadowolenia. Wyciągał w moją stronę swoją rękę, jakby chcąc przytrzymać mnie przed następnym ciosem, lecz ja skuliłem się. Przydeptał więc moją głowę nogą do podłogi, a ja jeszcze głośniej zapiszczałem, ponieważ drzazgi wystające z podłogi wbiły się w moją twarz i ranę. Słyszałem nad sobą śmiech ojca i czułem, że łzy jeszcze bardziej napływały mi do oczu. Gdy po raz kolejny chciał mnie uderzyć, coś nagle go powaliło.
Nienawidziłem go z całego serca i życzyłem mu śmierci w największych katuszach. Chciałem nawet, by dopadł go mój stryj, Richard. Słynął ze swojej nienawiści do starszego, przyrodniego brata, więc byłem niemalże pewien, iż katowałby go przez wieki. A jeśli on by tego nie zrobił, to ja, jako mężczyzna miałem w planach ciche zamordowanie go. Wiedziałem, że za zabicie czystokrwistego wampira grozi wygnanie, lub śmierć, jednak dla ojca chciałem zaryzykować, byłem gotów poświęcić swoje królewskie pochodzenie, żeby poczuć smak zemsty. Mógłbym wybrać się z nim na północ, pod pretekstem polowania, gdzie zakatowałbym go gołymi rękami, zrzucając całą winę na tropicieli. Przecież i tak nie byli by w stanie dowieść prawdy. Wystarczyłoby jedynie dobrze odegrać swoją rolę i miałbym spokój na resztę życia i pieprzoną satysfakcję, że go zamordowałem.
Przecież nie masz pewności, że nie żyje!
Odezwał się głos w mojej głowie, przez co otworzyłem szeroko oczy. Wciąż nie wiedziałem, czy to były tylko moje złowieszcze pragnienia i myśli, czy może ktoś rzeczywiście był uwięziony w moim ciele. Oczywiście, ta druga opcja w żadnym stopniu mi się nie podobała…
Wcisnąłem ręce w kieszenie i udałem się do pałacu, żeby w końcu stanąć twarzą w twarz z Nathanielem, najstarszym Denverem. Jego gabinet znajdował się w lewym, najbogatszym skrzydle pałacowym, gdzie również mieściła się komnata królów. Nathaniel oczywiście jako ten najstarszy, miał też jedną z największych komnat, które na dodatek miały swoje dwie wieże. W jednej był osobisty gabinet Nathaniela, jak i wszelkie ważne listy, zapisy historyczne, czy dokumenty w sprawie kupna i sprzedaży. W drugiej, większej wieży, było natomiast obserwatorium. Najstarszy uwielbiał niebo i często w nie spoglądał. To na jego rozkaz w sali obrad zrobiono szklaną kopułę.
Szedłem wolnym krokiem po schodach, czując jak płaszcz ciągnie się za mną i jeszcze dodatkowo mnie dociąża. Poczułem ulgę, gdy wszedłem na pierwsze piętro i ruszyłem korytarzem w kierunku kolejnych schodów. Zatrzymałem się gwałtownie przy trzecim z kolei wgłębieniu w ścianie, gdzie znajdowało się wejście do komnaty i szybko przesunąłem po nim wzrokiem. Za dwuskrzydłowymi drzwiami, zakończonymi łukiem, znajdowała się komnata moich martwych rodziców. To w niej doszło do masakry, której nie zapomnę aż do śmierci. Odruchowo dotknąłem swojej blizny na policzku, prawie czując ból, jakiego wtedy doznałem. To była moja pierwsza styczność z energią innego wampira.
– Książę? – usłyszałem na końcu korytarza. – Lord Nathaniel się niecierpliwi.
Skinąłem jedynie głową, szybko odwróciłem się i popędziłem za posłańcem. Odruchowo ścisnąłem dłonie w pięści ze złości, jednak zdołałem się opanować, nim stanąłem przed drzwiami do komnaty Nathaniela. Nie należałem do punktualnych wampirów, więc kiedy pojawiłem się w ustalonym miejscu, stary wampir zmierzył mnie wzrokiem znad ogromnego, mahoniowego biurka. Powoli przyzwyczajał się, że niezbyt przejmowała mnie jego pozycja, władczość i dominacja. Ale i on to we mnie lubił. Wiedział, że nie może mi rozkazywać, a nawet jeśli to zrobi i tak postawię na swoim. Według niego świadczyło to o mojej asertywności i braku uległości wobec presji starszych, co było częstym problemem młodych szlachciców. Większość podporządkowywała mu się na każdym kroku, ja robiłem mu czasami na złość, oczywiście wolałem nie przesadzać z tymi złośliwościami, Nathaniel był… cóż, praktycznie nie do pokonania. Ktoś, kto ma ponad tysiąc lat nie jest łatwym przeciwnikiem, a już zwłaszcza, gdy w trakcie swojego życia przeżył wiele wojen i to o niezwykle brutalnym charakterze.
Jego lodowate tęczówki wwierciły się we mnie, a na bladej twarzy pojawiła się lekka złość spowodowana moim spóźnieniem. Nigdy tego nie komentował, więc póki co byłem bezpieczny. Twarz miał naznaczoną wieloma zmarszczkami, a nawet niewielkimi bliznami, po stoczonych walkach. Czarne, typowe dla Denverów włosy stawały się szare z całkowicie siwymi nalotami, świadczące o wieku mężczyzny. Ubrany miał skórzany płaszcz z wysokim kołnierzem, który miał w zwyczaju nosić, gdy nie musiał chodzić na obrady.
– Siadaj – rozkazał. Zatrzasnąłem za sobą drzwi z przesadnym impetem i nonszalanckim krokiem zbliżyłem się do wielkiego biurka, zająłem miejsce w skórzanym fotelu, i wyłożyłem nogi na blat. Jego gabinet obity był boazerią, która przy obu końcach miała eleganckie ornamenty. Sufit był połączeniem krzyżowo żebrowym, a dodatkowo został wypełniony gontem. Podporę stanowiły dwie belki, które krzyżowały się na środku. Cała przestrzeń za najstarszym wampirem zapełniona była wysokimi po sufit regałami z wiekowymi, śmierdzącymi księgami. Gdzie niegdzie widziałem nawet zwoje pergaminu, na których to dawniej pisano wszystkie listy. Po mojej prawej stronie był barek, a obok niego czarna, skórzana sofa i dwa fotele. Źródłem światła, oprócz ogromnego żyrandolu z jelenich poroży, było ogromne, gotyckie okno z ozdobną gwiazdą przy zwieńczeniu. Jeszcze sto lat temu był w nim ogromny witraż, a gwiazda była rozetą.
Byliśmy tylko my dwaj i to mi się podobało. Nie lubiłem zbędnych świadków przy rozmowach. Wampir nalał nam trochę alkoholu, po czym przeczesał włosy i spojrzał na mnie.
– To co ci powiem, na pewno ci się nie spodoba.
– W czym znowu zawiniłem? – przewróciłem oczami i pokręciłem literatką w palcach.
– W niczym. Bardzo dobrze się sprawujesz, Dylan – pochwalił mnie i zapalił cygaro. Podsunął mi paczkę, lecz nie wziąłem, gdyż nie lubiłem ich. Wolałem zatruwać swoje niezniszczalne płuca papierosami. – Napisałem już listy do Slade’a i zaraz jak skończymy rozmawiać pojedziesz je dostarczyć.
– W jakimś stopniu się już na to przygotowałem – mruknąłem i zbliżyłem literatkę do ust, żeby upić kilka łyków.
– Zostaniesz na miesiąc w jego akademii – powiedział ze stoickim spokojem, a ja wyplułem zawartość ust na jego twarz z miną, która była na granicy rozczarowania, ze złością. Przetarłem z brody krople wódki, wycierając je w rękaw, i spojrzałem na najstarszego z szeroko otworzonymi oczami, które z wolna zmieniały kolor na czerwony przez poirytowanie. Nathaniel nie był zbytnio zadowolony, że ma na swojej twarzy whiskey i moją ślinę, lecz zacisnął usta w prostą kreskę i nie skomentował tego.
– Nie mówisz chyba poważnie – warknąłem ściskając mocno w dłoni literatkę, prawie doprowadzając ją do pęknięcia.
– Ależ mówię – westchnął i wyciągnął z kieszeni chusteczkę, którą wytarł całą twarz. Szybko zmiął ją w kulkę i rzucił do kominka, a płomienie błyskawicznie strawiły cały materiał. – Oprócz ciebie zostawimy tam jeszcze dwóch gwardzistów.
– Czemu mam kurwa siedzieć u łowców?! – uniosłem się i uderzyłem pięścią w blat biurka. Moje oczy zapłonęły, a żyły na twarzy stały się bardziej widoczne. Na najstarszym wampirze nie zrobiło to żadnego wrażenia i wciąż siedział spokojnie paląc swoje cygaro i spoglądając na mnie. Nigdy nie robiłem na nim wrażenia, bo… no cóż, widział w swoim życiu pewnie wszystko.
– Czyż to nie oczywiste? – westchnął i wypuścił dym drugim kącikiem ust. – Potrzebujemy na razie pokoju z nimi, a z tego co wiem, cała ich przyszłość to właśnie akademie. One z kolei są słabo obstawiane przez strażników, dlatego są zagrożone i stale atakowane przez stada upadłych.
– Jaki więc mają problem, że nie potrafią zadbać o własnych rekrutów? – warknąłem.
– Widzisz, Dylan – Nathaniel postawił niewielką miseczkę z lakiem na stojaku, pod którym paliła się świeczka i delikatnie mieszał, aby przyspieszyć proces przemiany ciała stałego, w ciecz. Widząc jak mozolnie mu to idzie, rzuciłem kilka iskier z dłoni, które błyskawicznie ogrzały lak do ciekłej konsystencji, co od razu spodobało się starszemu. – Łowcy mają swoją siedzibę bliżej południa i są naszymi zwiadowcami odnośnie wilkołaków. Będą nam przekazywać informacje na ich temat, ale musimy pomóc w szkoleniu rekrutów. – Wylał czerwoną ciecz na złożony papier, a następnie szybko odbił w nim herb Denverów, nim lak zdążył zastygnąć. Królewskiej pieczęci nie mógł otworzyć nikt, oprócz adresata. Nawet ja, jako książę nie miałem do tego prawa, choć korciło mnie to, żeby przeczytać, co takiego obiecał Nathaniel, a co miało związek ze mną.
– Mam ich szkolić? – rzuciłem niezadowolonym tonem i ociężale usiadłem na skórzanym fotelu.
– Szkoleniem zajmie się Simon – wyjaśnił namaczając długie pióro w kałamarzu. – Frost będzie mu w tym pomagał. Ty natomiast będziesz robił to co uwielbiasz. Nie bój się, dbam o księcia i nie pozwolę na to, żeby zbytnio się przemęczał. – powiedział z uśmiechem i spoglądnął na mnie tymi lodowatymi oczami. Zaraz po tym podpisał się na papierze.Przez większą część dnia możesz się byczyć ile chcesz, ale nocami będziesz musiał czyścić im las. Slade chce, aby akademia znów stała się bezpieczna, a upadli nie dają im spokoju. Przydasz się.
– Nie podoba mi się to – syknąłem pod nosem.
– Nie? – spojrzał na mnie perfidnie, przez co wiedziałem, że już nie ma odwrotu i choćbym się zapierał wszystkimi członkami, to i tak mnie tam wyśle. W niektórych sprawach nie dało się postawić na swoim, ani dojść do kompromisu. – To będzie kolejna twoja zasługa. Wyobraź sobie jak zwiększy się twoja przewaga nad Jasperem, gdy łowcy powiedzą o tobie dobre rzeczy. Poza tym, czemu masz opory? I tak większość swojego czasu spędzasz na polowaniu. Będziesz robił dokładnie to samo, tylko że u łowców.
– A co z jedzeniem? – warknąłem. – Poza tym, te biedne ludzkie istnienia są nietykalne i strachliwe, jak ja mam się tam pokazać?
– Nie musisz się pokazywać, ważne, byś zabijał upadłych. Resztę czasu możesz poświęcić swoim zajęciom. Przecież obaj doskonale wiemy, że pozbycie się tych bestii zajmie ci maksymalnie dwa dni. Później będziesz musiał wstawać jedynie po pojedyncze egzemplarze.
– Dobra – warknąłem.
– Oczywiście, jeśli Slade się na to nie zgodzi, wrócisz – odpowiedział i wyciągnął do mnie rękę z dwoma listami. – Jeśli jednak przystanie na tę propozycję, od razu u niego zostaniesz i zrobisz pierwsze oględziny całej akademii, po dwóch dniach wyślemy pozostałych dwóch gwardzistów. Oprócz tego, chcę abyś wysyłał do mnie raporty z tego, co tam się dzieje. Poza tym… lepiej żeby nikt nie wiedział, że jesteś księciem, więc nie unoś głowy i nie zadzieraj nosa. Wydam rozkaz Simonowi i Frostowi, żeby traktowali cię jak jednego ze swoich, żeby łowcy nie nabrali podejrzeń.
– Zrozumiałem.
– Masz jakieś specjalne życzenia? – dopytał. – Zostaniesz tam na miesiąc, chcesz coś zabrać ze sobą?
– Niewolnicę – odpowiedziałem od razu.
– Wykluczone! – rzucił oschłym tonem.
– W takim razie chcę samochód. Nieopodal akademii jest metropolia…
– Tak, wiem – przerwał mi. – Red Hills. Mają tam jedno z największych kasyn, więc na pewno się tam odnajdziesz. Dostaniesz swoje auto, ale tak jak wspominałem, nie ujawniaj tego, że jesteś księciem.
– Zostanę więc mordercą na zlecenie.
– Niech tak będzie. Pamiętaj, Dylan – spojrzał na mnie surowo – jeśli przez twoje zachcianki i tą niepohamowaną chęć mordu nasz pakt runie, nie będę pocieszony.
Ton jego głosu był tak ostry, że przełknąłem ślinę i zdobyłem się jedynie na skinienie głową. Odebrałem od niego dokumenty i wyszedłem pośpiesznie z gabinetu. Gdy drzwi się za mną zatrzasnęły, poczułem ulgę, ale niespełna sekundę później, zamieniła się ona w ogromną złość. Ledwo powstrzymałem się od tego, by rozszarpać listy na strzępy i mieć w poważaniu to, co mi kazał. Wiedziałem jednak, że moja butność jedynie mnie, wyszłaby na gorsze, nikomu więcej. Ruszyłem w kierunku swojej komnaty stawiając twarde kroki na dywanie i emanując energią na wszystkie strony. Nie zwracałem uwagi na nic, co działo się wokół mnie, tylko pędziłem przed siebie, dlatego, gdy potrąciłem służącą, która upadła na podłogę, nie obdarzyłem jej nawet spojrzeniem. Czerwony dywan skutecznie tłumił moje kroki, które ciężko stawiałem biegnąc do swojej komnaty. Gdy w końcu do niej wpadłem, zacząłem się rozbierać już od progu nie dbając nawet o to, czy drzwi są zamknięte, czy nie, ani o to, że pokojówki są obecne w komnacie. Brudne ubrania rozrzucałem po drodze robiąc z nich ścieżkę od pokoju dziennego, po łazienkę, gdzie zostawiłem ostatnie dwie skarpetki. Schowałem się za ścianką i odkręciłem kurki z wodą. Stanąłem pod strumieniem, oparłem się jedną ręką o płytki i dostrzegłem na wewnętrznej stronie wystające, fioletowe żyły. Obserwowałem, jak woda spływała po moim ciele i czułem, jak kojące, ciepłe krople odbijały się ode mnie.
– Panie? – zapytała cichutko jedna, ciemnowłosa służąca, stojąc obok ścianki z przygotowanym ręcznikiem. Spoglądnąłem na nią przez ramię, lecz trwało to raptem ułamek sekundy. – Czy masz jakieś życzenia?
– Przygotuj moją broń – warknąłem.
– Jak każesz – skłoniła się odkładając ręcznik na półkę.
Wiedziałem, że marnuję swój czas, ale nie spieszyło mi się do tego, by iść na wschód, do akademii. Dopiero kilka dni temu wróciłem ze swojej misji, a już otrzymałem kolejną i to do cholery taką, przez którą nie będę w domu przez miesiąc! Ciągle wyjeżdżam, wracam, wyjeżdżam i wracam! Nawet nie mam czasu, aby dopilnować spraw odnośnie mojej kandydatury do korony. Równie dobrze mogliby wysłać swojego najważniejszego księcia do łowców, żeby mógł godnie reprezentować wampiry. W końcu niesamowity z niego polityk…
Przepasany jedynie w biały, bawełniany ręcznik wyszedłem z zaparowanej łazienki i udałem się prosto do garderoby. Ubrałem na siebie czarne, sprane i nieco już obcisłe na udach spodnie, zasznurowałem ciężkie oficerki, nałożyłem czarny tank-top i zarzuciłem na ramiona swój ulubiony płaszcz, który zdobyłem w walce z tropicielem. Przewiesiłem przez ramię miecz, a w pasie zapiąłem pas ze specjalnymi kieszonkami i szlufkami do noszenia broni. Gdy wyszedłem z garderoby, na łóżku w alkowie były rozłożone wszystkie moje sztylety. Wybrałem kilka z nich, które schowałem w poszczególnych szlufkach, bądź kieszonkach.
– Wyjeżdżam na miesiąc – powiedziałem do ustawionych w szeregu pokojówek. – Chcę, abyście były moimi uszami i oczami na dworze, ale nie życzę sobie żadnych skandali z waszym udziałem – zagroziłem, przez co kobiety skinęły głowami. – Pamiętajcie, że to mnie służycie, nie innym wampirom. Jeśli się dowiem czegokolwiek, nie myślcie sobie, że będę litościwy. Zrozumiałyście?!
– Tak, panie – odpowiedziały chórem.
– Oby tak było – mruknąłem.
Pogłaskałem jeszcze po policzku dziewczynę, którą ostatnio ugryzłem i wyszedłem z komnaty, zakładając kaptur na głowę. Ponownie dywan stłumił moje kroki w ciężkich oficerach, które uwielbiałem nosić, a zwłaszcza dlatego, że uderzenia nogą były w nich jeszcze mocniejsze, a wszystko dzięki grubej podeszwie i wykonaniu ze skóry.
Szedłem pewnym krokiem wiedząc co mam zrobić. Musiałem znaleźć jakieś zalety w tym, że będę u łowców, inaczej zaszkodzę samemu sobie. Nie podobało mi się również to, że miałem pisać listy do Nathaniela. Wiedziałem, że w ten sposób będzie chciał sprawdzić moje zdolności do spójnego tworzenia zdań i to mnie najbardziej wkurzało. No bo, co niby miałbym pisać w tych listach? Dla mnie było to cholernie niepotrzebne i chyba puszczę w niepamięć to, co mi rozkazał. Już chyba wystarczającym poświęceniem było to, że musiałem tam jechać. Nathaniel nie zadbał o to, by dać mi limuzynę, karocę czy cokolwiek, czym się jeździ, lecz musiałem sam na piechotę dotrzeć na wschód. Teoretycznie, mógłbym zabrać jednego z koni, ale co później bym z nim zrobił? Natomiast dwór byłby niepocieszony, gdyby okazało się, że jeden z ich szlachetnych rumaków został zagryziony w lesie, albo zagłodzony u łowców. Oczywiście dostanę swój samochód, lecz dopiero wtedy, gdy przybędą gwardziści. Wiedziałem, że Nathaniel specjalnie tak wszystko ustawił, bym zdążył już w trakcie drogi do szkółki wymordować spotkanych upadłych.
Wyszedłem z pałacu i od razu przyciągnąłem uwagę wszystkich przechodniów. Panny uciekały na bok widząc mnie, a lordowie spoglądali nieco nieufnym wzrokiem. W tym stroju przypominałem tropiciela, a nie czystokrwistego następcę tronu wampirów, dlatego nie dziwiłem się ich reakcjom. Szedłbym w spokoju dalej, gdyby nie pewna, drobna osóbka, która zagrodziła mi drogę, kolejny raz. Jej blond włosy falowały wokół twarzy, delikatnie poruszane przez wiatr. Mrok panujący wokół idealnie podkreślił jadeitowy odcień jej oczu, a smukła, zielona sukienka delikatnie unosiła się na wietrze wyszczuplając talię blond dziewczyny. Miała szczery uśmiech, a w oczkach dostrzegłem iskierki szczęścia. Za nią stało kilka innych panienek, które były nieco starsze od niej, ale wciąż nie zaliczały się do prawdziwych, pełnoletnich dam.  
Nim się spostrzegłem, dziewczynka podbiegła w moją stronę, bez oporu wsunęła ręce pod mój płaszcz i przytuliła się do mojej piersi tak blisko, jakbym był jej krewnym, albo narzeczonym. Chciałem się cofnąć, lecz mała Feltonówna jeszcze bardziej do mnie przylgnęła, co już w ogóle mi się nie spodobało. Byliśmy tuż przed bramą wjazdową do pałacu, wszędzie roiło się od szlachty, służby i gwardii, a Laurel przytulała się do mnie tak, jakbyśmy ewidentnie coś ze sobą mieli wspólnego. Żałowałem, że należała do rodziny królewskiej, bo gdyby nie to, spaliłbym ją żywcem za takie bezmyślne działanie.
– Laurel… – wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
– Dziękuję – wyszeptała podnosząc na mnie swoje oczka pełne łez, które raczej mówiły o szczęściu, niźli smutku. – Tata obiecał, że sprowadzi kogoś, kto pokaże mi jak walczyć! To dzięki tobie, wasza wysokość!
– Tak, tak, wiem – wymruczałem pospiesznie i wymijająco. – Możesz mnie już puścić? Mam ważną misję, spieszę się.
– Jak mogę się odwdzięczyć, książę? – zapytała słodko. Było to nie lada dziwne, a już na pewno podejrzane.
– Po prostu bądź dobra w tym, o czym marzysz – odpowiedziałem jej, po czym złapałem ją za ręce i uwolniłem się z uścisku.
– Więc chociaż tak mogę się odwdzięczyć… – korzystając z tego, że się pochyliłem, wspięła się na palce i złożyła słodki, niewinny pocałunek na moim policzku. Następnie skłoniła się tak, jak była nauczona i w podskokach odeszła do swoich towarzyszek, które wyglądały tak, jakby nie wierzyły temu, co właśnie zobaczyły.
Ja natomiast nie byłem pewien, czy wierzyłem w to, czego doznałem. Już sam nie wiedziałem czy mam być zły, czy wkurwiony. Chciałem urokliwego pocałunku za uratowanie życia, to się właśnie takiego doczekałem! Bardzo dobrze, że jadę na miesiąc do łowców, może akurat po takim okresie ucichną trochę plotki o naszym romansie. Wolałem mieć spokój od podejrzliwych spojrzeń i wszech panujących plotek. Zaciskając zęby odwróciłem się pospiesznie i odszedłem zostawiając świergoczące panienki za sobą. 
Witajcie Kochani! Wiem, że rozdział to jakiś kolos, ale chyba będziecie musieli do takich przywyknąć :D Zwłaszcza z jego perspektywy. Zmieniłam nieco zakładkę bohaterów, dodałam kilku nowych, o których będzie mowa w przyszłych rozdziałach, a także dodałam tę niesforną lady Felton :D
Zasadniczo dużo się nie działo, ale wiadomo, to dopiero początkowe rozdziały, wszystko musi być ładnie, pięknie opowiedziane i wprowadzone, żeby dopiero ruszyć z akcją, a tak naprawdę, cała akcja już w przyszłym rozdziale ruszy z kopyta! 
Co powiecie na temat Dylana i jego wspomnień oraz zwierzeń? Widać w nim namiastkę uczuć? Mnie się wydaje, że tak :P 
Będę wdzięczna za każdy komentarz :* Pozdrawiam Wszystkich!

PS: Wie ktoś może, jak wyjustować ten głupi tekst? :c Piszę w wordzie i wszystko jest cacy, wklejam tutaj i normalnie armagedon! ;-; Help me please :c

26 komentarzy:

  1. Dzień dobry :3
    Masz bardzo rozbudowane rozdziały, są długie, ale naprawdę ciekawe, więc bardzo szybko się je czyta :)
    Podoba mi się świat, jaki stworzyłaś, choć nie wątpię w to, że włożyłaś w niego bardzo dużo pracy, ale dla takiego efektu, naprawdę warto!
    Postaci, które wykreowałaś są naprawdę wiarygodne, nie "chwiejesz" ich charakterami i to mi się bardzo podoba. Akcja rozwija się w odpowiednim tempie, nic za wolno, nic za szybko :)
    Spodobało mi się Twoje opowiadanie, ale nie miałam czasu wcześniej skomentować. Moje wejścia na bloggera są rzadkie, ale zawsze staram się wejść jak tylko znajdę chwilę czasu.
    Już nie mogę się doczekać spotkania Allyson z Denverem. Ale dobrze, że nastąpiło ono do tej pory, bo w ten sposób zbudowałaś odpowiednie napięcie. Super :)
    Jestem ciekawa jak będzie wyglądała ich relacja. Ciekawe jak Dylan wytrzyma miesiąc w akademii. Z jego charakterem nie będzie to łatwe zadanie. No, ale zobaczymy :)
    Ta scena, gdy założył oficerki, uszykował się do wyjścia i przy okazji pouczał swoje służące jest naprawdę świetnie opisana. Tak samo jak miejsce pochówku przodków Denvera. Tworzysz bardzo dobre opisy, dzięki którym bez problemu można oddać się światu wyobraźni. Ta jedna służąca, której krew szczególnie posmakowała Dylanowi, nie będzie miała łatwo. Choć może po miesiącu mu się to odmieni, albo i nie. To w końcu Dylan... :)
    Uważam tak jak Dylan, że Lurel powinna trenować. Wtedy może rozwinie swoje pasje i nie będzie miała czasu narażać się n kolejne niebezpieczeństwa. Cieszę się, że jej ojciec, pomimo swojej początkowej niechęci do zajęcia córki, w końcu dał się przekonać.
    Czekam na kolejny rozdział :)
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, że krótki i mało konkretny komentarz, ale miałam tylko chwilę. Następnym razem postaram się bardziej rozbudować mój komentarz :) Nie mogłam po prostu przeczytać kolejny rozdizał i nie zostawić komentarza.

      Usuń
  2. Hejcia!
    Ten rozdział jest faktycznie spory. Chyba najdłuższy, jaki przeczytałam na blogach. xD Jednak mimo swojej obszerności jest niezwykle ciekawy! Nawet nie mam pojęcia, od czego zacząć. xD
    Postawa Dylana jak zawsze mnie irytuje, ale to norma. W sumie to nie tylko jego. xD W większości wampiry płci brzydkiej mnie tutaj wkurzają i ich staroświeckie poglądy. Jednak już wybuch mojej irytacji pod poprzednim postem wystarczył, więc tutaj nie powinnam już się tak denerwować. xD
    "Mój stryj Richard wycinał podwładnym języki, żeby nie zdradzili jego planów" - aha. Przyznam, że Richard miał bardzo ciekawe podejście do swoich służących, nawet jeszcze gorsze niż Dylan.
    "Wszyscy doskonale wiedzą, że tropiciele słyną z tego, że po ciężkich treningach masowo gwałcą kobiety" - i właśnie w takich momentach bardziej nienawidzę tych staroświeckich dupków. :D
    Jeśli chodzi o żywioł ognia. Mówisz, że otrzymuje go niewielu z rodu Denverów. Jednakże patrząc na zakładkę "drzewo genealogiczne" widzę, iż sporo królów władało właśnie tym żywiołem. Albo ten żywioł był jednym z powodów ich panowania (i tylko królowie go mieli), ponieważ dobrze go opanowali? xD
    Dziwi mnie fakt, że matka za jednym z synów się wstawiała, a za drugim nie. To jej dzieci, więc powinna ich traktować tak samo, podobnie jak ojciec... Mimo tego Jasper był przez nich najbardziej ukochany (co oczywiście może Dylan postrzegać, że jest teraz większym mięczakiem), natomiast nasz Dylanek był traktowany najgorzej. Jedynie Marina wiedziała, że to syn jej prawdziwej miłości. W takim razie to nie jego powinna lepiej traktować, niż drugiego syna, którego miała z tym zasranym tyranem? Przyjmowała na siebie kary Jaspera, a mimo wszystko Dylan ją bronił przed Michaelem i obrywał zapewne jeszcze gorzej. Nie rozumiem i chyba nigdy nie będę w stanie pojąć zachowania tej kobiety.
    Skoro Richard miał problem również o odebranie mu Mariny, to przecież nie może jakimś sposobem wykraść jej z grobowca i ponownie "ożywić", aby byli razem? To nie byłoby łatwe, ale skoro ją kocha, to jest w stanie się tak narazić i odzyskać ukochaną (skoro zabił królewską parę już w prologu, to wykradnięcie zwłok Mariny jest jak pryszcz). Chyba, że do przywrócenia czystokrwistego wampira potrzebne jest coś więcej... nie wiem jakieś skomplikowane czynności, bo gdyby wystarczyło dać jej wypić krew np. Richarda, to naprawdę niewiele potrzeba. xD Po tylu latach raczej powinien mieć jakieś wieści o "śmierci" ukochanej. A może przez ten czas przestała go interesować? Wie, że Dylan jest jego synem, więc może spróbować kontaktu. Zapewne na samym początku zaczną walczyć, ale Richard w końcu i tak wyjawi mu prawdę, a jak nie on, to ktoś inny. A może jednak "ożywią" Marinę?
    Te wspomnienia... Przyznam, że chciałam jak najszybciej dowiedzieć się, jak powstała rana na twarzy Dylanka, ale czegoś takiego się nie spodziewałam. Na początku nic prawie nie wiedziałam o Michaela, ale kiedy przeczytałam, jak traktował syna i żonę... Nic do niego nie mam, nawet szacunku... ;) Zdradzał Marinę i miał pretensje do dziecka, że go przyłapał? Do reszty chory na łeb. :D Gorzej... Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek używała przekleństw w komach, ale musi być ten pierwszy raz... On jest popierdolony! Jednak wiadomo, co stało się później... Na ziemię powalił go Lewis... I tym samym uratował wnuka. Przynajmniej jedyny normalny. Jego jedynego jeszcze przeboleję, o ile nie dowiem się nowych faktów, jednak w takich okolicznościach przy jakichkolwiek małych występkach trudno mi będzie zakwalifikować go do irytującej mnie większości wampirów płci brzydkiej. xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślałam, że Dylanek będzie ich szkolił, a on ma tylko las czyścić z łowców? Buuuu!! A liczyłam, że da popalić tym rekrutom... xD Chociaż nie jeden by wrócił po treningu z łzami w oczach na noszach. xDDD I ma jeszcze udawać, że nie jest księciem? To po co wysyłają księcia? Skoro jest tak ważny, mogli wysłać innego, dobrego zabójcę. Wiadomo, że nikt nie doścignie w tym Dylana, ale przynajmniej kogoś o trochę gorszego od niego. Boją się, iż łowcy wykorzystają fakt przysłania do nich księcia wampirów i zechcą go zabić? W takim razie po co chcieliby od nich pomocy? Gdyby taka sytuacja miała miejsce, to upadli byliby najmniejszym problemem łowców. Rody wampirów szybko by się z nimi policzyły. Więc nie rozumiem jaki ma sens ukrywanie jego pochodzenia. xD
      "ja wyplułem zawartość ust na jego twarz" - normalnie kocham cię za to! xDD W tamtej chwili myślałam, że Nathaniel tak się wkurwi i wyżyje na Dylanie, a tu jednak nic. To się nazywa stoicki spokój. Nie jeden by wpadł w szał za takie coś. I przy okazji dałaś zdj. Billa Nighy w bohaterach jako Nathaniela. On grał "Viktora" w "Underworld"!!! Po prostu uwielbiam każdą część tego filmu!! Ogromny plusik tutaj!! ♥ Gdyby był tutaj taki jak "Viktor" to zatłukłby Dylana. xD
      I oczywiście pojawia się Laurel, bez której trudno mi było wyobrazić sobie posta! Mam nadzieję, że się jeszcze pojawi! :( Skoro Dylan na miesiąc wyjeżdża do łowców, to przez wiele rozdziałów jej nie będzie. A może do ich następnego spotkania stanie się silna i będzie przynajmniej w małym stopniu tak dobrą morderczynią jak Dylan? xD Ta ich scenka... o lol!! xD Dziewczyna mu chciała podziękować, oczekiwał nawet czegoś takiego (może nie teraz i nie w takich okolicznościach) i jeszcze narzeka. I spróbuj takiemu dogodzić. xD
      "Żałowałem, że należała do rodziny królewskiej, bo gdyby nie to, spaliłbym ją żywcem za takie bezmyślne działanie." - i tutaj znowu wersja Dylana, której nie lubię. xD Ja się cieszę, że Laurel należy do rodziny królewskiej. ;) Teraz będą ploteczki o ich romansie? Ojej jak mi przykro (ten sarkazm). xD Mam nadzieję, że szybko ploty nie ucichną... Uwielbiam jak Dylanek jest wkurwiony i nic nie może zrobić. xD
      Zapomniałabym! Uczucia... Widać, że chłopak je posiadał, jednak przez brak miłości rodziców, prawie w całości je utracił. Wie tylko, co to złość i nienawiść, a miłość jest mu praktycznie obca. Gdyby faktycznie rodzice okazywali mu choć odrobinę miłości, jego życie wyglądałoby teraz inaczej. Jestem pewna, że wampirzyce by przed nim nie uciekały ze strachu. Jednak można jeszcze to naprawić. Musi znaleźć się tylko dziewczyna, która będzie w stanie pobudzić w nim zanikające uczucia. To będzie Ally, czy może Laurel? A może jeszcze jakaś inna dziewczyna? Czas pokaże. :D Wierzę, że można jeszcze uratować Dylana od całkowitej utraty uczuć. Jestem naiwna? Być może, ale w to wierzę. ;)
      I pod poprzednim postem zapomniałam wspomnieć o tym głosie, który pojawia się w głowie Dylana. Skoro Demen się pojawi, to znaczy, że to jego głos! xD Prawda? :D
      Tak jak pisałam na początku, rozdział długi, jednakże bardzo ciekawy! Czytałam go sporo, a już pół godziny piszę ten komentarz i zastanawiam się, jakiej kwestii jeszcze nie poruszyłam. xD Zapewne jeszcze o czymś zapomniałam i przypomnę sobie po fakcie. xD
      Czekam niecierpliwie na kolejny rozdział. :D
      No wkurza mnie ten limit znaków!! Niech go usuną!!
      Pozdrawiam Lex May

      Usuń
  3. Wow ale super rozdzial ,jest coraz ciekawiej. I ta końcówka rozdziału po prostu genialna :D już się nie mogę doczekać dalszego ciągu 😀😗

    OdpowiedzUsuń
  4. W tym rozdziale Dylan pokazał trochę uczuć. Trochę to niepodobne do niego, ale kiedyś musiał wszystko z siebie wyrzucić.
    Teraz mu się nie dziwię, że nie umie okazać uczuć. Rodzice w dzieciństwie mu nie okazywali miłości, więc jak on by miał to robić.
    Dylan ma niedługo wyruszyć do akademii łowców. Będzie czyścić las z upadłych, czyli ma zadanie dobre dla niego. Ciekawa jestem jak mu pójdzie dostarczenie tych listów.
    Laurel dostała zgodę na to, żeby uczyć się walczyć. Dobrze, że będzie mogła spełnić swoje marzenie.

    Czekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  6. Kiedy można liczyć na kolejny rozdział? Kocham to opowiadanie :-)
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej! Z małym poślizgiem, ale jestem :) Myślałam, że tylko ja piszę komentarze tak późno, ale najwidoczniej się pomyliłam :D
      Rzeczywiście ten rozdział można nazwać kolosem, lecz ja już do tego przywykłam. Nigdy się nie ograniczaj. Pobudź swoją wyobraźnię i podziel się nią z nami [czyt.czytelnikami]. Po co się ograniczać do paru nędznych, ścisłych zdań, skoro można je rozbudować i dodać im więcej barw, żeby czytający mógł je czytać z większą przyjemnością. Właśnie to tutaj robisz :) Krótszy post wiążę się z mniejszą ilością wydarzeń. Jest mniej akcji, mniej emocji, po prostu mniej wszystkiego. Może być też tak, że w małej ilości tekstu dzieje się bardzo dużo. W większości opowiadań, akcja jest pchana na siłę, że aż ciężko się połapać i w wielu przypadkach rozkręca się ona za szybko. Czytając takie opowiadanie, człowiek może się pogubić. W obu tych opcjach jest to mało efektywne czy zadowalające. Po przeczytaniu czegoś takiego, czytelnik czuje taki lekki niedosyt lub rozczarowanie. Oczywiście nie wszyscy tak uważają. Każdy ma prawo do własnego zdania. Ja, czytając coś tego rodzaju, czułabym się zawiedziona. Kiedy czekam na Twój kolejny post [według moich obliczeń około.miesiąca] to wiem, że kiedy w końcu się pojawi, to nie będę czuć rozczarowania. Uwielbiam czytać te Twoje giganty, ponieważ są one naładowane dużą ilością akcji, przeżyć, wspomnień i emocji, dzięki czemu jestem zaspokojona przez kolejny miesiąc. Dziękuję Ci za to ;^
      Hmmm...Co ja sądzę o Dylanie? No cóż, myślę, że jest on jedną, wielką sprzecznością. Ludzie mają naprawdę wiele wcieleń, a Dylan jest idealnym tego przykładem. Najpierw pokazuje się nam jako empatyczny dupek, ale już w tym rozdziale widać jego emocje i wrażliwe wnętrze. O ironio! Najlepszy zabójca na dworze jak i sadysta posiada uczucia! Mało tego! Ma on słabości, które dotknęłyby każdego! No dobra, może nie każdego, bo są jeszcze tropiciele. A właśnie, tropiciele!

      Usuń
    2. W tym poście może nie było o nich zbyt wiele, ale podstawowe informacje się tutaj znalazły. Poza tym, dam sobie rękę uciąć, że rozwiniesz ich temat w następnych rozdziałach ;) Są zbyt intrygujący, żeby tak po prostu o nich zapomnieć XD Stanowią w tym opowiadaniu pewne zagrożenie dla wampirów jak i dla wszystkich ras. TROPICIEL. Samo słowo brzmi przerażająco, a kiedy pomyślę o tym, co oni robią i jak traktują kobiety, to przechodzą mnie ciarki :/ Coś czuję, że zrobią tutaj niezłe zamieszanie. Może nawet rewolucję? Biorąc pod uwagę fakt, że ich dowódcą jest wygnany z dworu morderca króla i królowej oraz pragnący zemsty i władzy psychopata, szanse na wojnę są dosyć spore. W ten oto sposób pojawiają się pytania. Czy tropiciele są naprawdę tak silni jak o nich mówią? Czy Richard, dowódca tropicieli, dalej pragnie zemsty? Czy jest aż tak cierpliwy, że przeczeka 150 i więcej lat, żeby zdobyć to czego pragnie? Czy będzie wojna? Odpowiedzi znajdziemy w następnych rozdziałach, bo niestety lub nie, ale tylko Ty masz dostęp do tego typu informacji :D Właśnie tak się zastanawiam i stwierdziłam, że świadomie lub nie, stworzyłaś kolejny kontrast: Między tropicielami, a zwykłymi ludźmi. Ludzie w porównaniu do tropicieli są słabi, starzeją się, ciężej leczyć im rany, są uczuciowi i nie mają super zdolności jak duża siła czy lepszy słuch. Ktoś mógłby mi zwrócić uwagę: "Chwila! Przecież wampiry też mają nadludzkie zdolności, więc dlaczego porównujesz ludzi do tropicieli?". Otóż, muszę zgodzić się z stwierdzeniem, że wampiry również mają te swoje super zdolności, ale oprócz nich mają również uczucia, które w tym przypadku przeważyły szalę. Tropicielom zaś emocje są obce. Oni nie wiedzą, co to miłość, żal czy wyrzuty sumienia. Właśnie dlatego do porównania wybrałam tropicieli. Są to cyniczni, okrutni, bezwzględni mordercy, sadyści i gwałciciele. Według mnie tropiciel jest najgorszą wersją człowieka. Brzydzę się nimi :/
      Skoro byłam przy temacie zdolności, to mam pytanko. "Dlatego najczęściej wybierane były małe wsie, gdzie szybko można było wymazać z pamięci wszystkich te kilka kobiet."- Czyli wampiry mogą grzebać w myślach człowieka, czyścić im pamięć itp.? A mogą tak robić tylko z ludźmi czy mogą też zaglądnąć do umysłu wampira? A może potrafią tak zrobić z każdą żywą istotą? Jak to działa? Pytam z ciekawości :)
      Wracając do młodego Denvera: Oj, miał on za sobą ciężką przeszłość. Mieć za matkę zimną jędze; brata, który bardziej zajmuje się sprawami dworu, niż własnym bratem; wuja, który jest świrem i znęca się nad własną rodziną oraz ojca, który jest mordercą, wygnańcem oraz dowódcą najgroźniejszych zbrodniarzy na świecie. Po prostu rodzina jak z obrazka. Każdy pragnie taką mieć [proszę wyczuć sarkazm]. Jedynie dziadek Dylana jest w porządku. Lewis jest chyba jedynym członkiem tej popierniczonej, dziwnej rodziny [o ile można nazwać to rodziną], którego naprawdę szczerze lubię. Pomimo, iż jest on typem kobieciarza, to jest zabawny i jako jeden z niewielu nie lęka się Dylana, a oprócz tego uratował go przed Michaelem. Poza tym, trochę mi go szkoda. Ciężko jest patrzeć jak dwójka Twoich synów się stacza i małymi krokami stają się wariatami :(

      Usuń
    3. Co do Dylana, musiało mu być ciężko, a szczególnie kiedy TO się stało. Z pewnością nie było mu przyjemnie zobaczyć tego typu scenę, a szczególnie w tak młodym wieku. Chcę Ci pogratulować dobrego napisania opisu przeżyć. Wiem, że to wcale nie jest takie proste na jakie mogłoby się wydawać, ale Tobie jednak się udało, za co masz u mnie duży +. Doskonale oddałaś uczucia Dylana w tamtym strasznym, pamiętnym dniu. Kiedy czytałam ten fragment, to włosy stanęły mi dęba i przeszły mnie ciarki [ach, ta wyobraźnia]. Nie rozumiem jak można być tak wielkim dupkiem. Jak można być takim draniem i zdradzać własną żonę w łóżku małżeńskim z osobą bardzo dobrze jej znaną?! Jak trzeba być podłym, żeby karać dziecko za to, że go na tym przyłapało?! Sposób w jaki wymierzył tą karę sprawił, że miałam ochotę temu Michaelowi po kawałeczku odciąć przyrodzenie, a na koniec posolić je solą, żeby bardziej cierpiał. On omal nie zabił Dylana! Gorzej, torturował go swoją energią, a potem zostawił mu po sobie bolesny ślad w postaci blizny na pół twarzy. Jeszcze nadepnął dzieciakowi na głowę, żeby go bardziej bolało. Przecież tam były drzazgi! Rany, nie mogę sobie wyobrazić bólu, jaki czuł w tamtej chwili Dylan :/ Czym sobie na to zasłużył? Czy już nie dość wycierpiał widząc poczynienia wuja? Czy potrzebuje on dodatkowego bólu? Dlaczego niektórzy są tak okrutni? To wydarzenie dotknęło Dylana nie tylko fizycznie, ale także psychicznie. Przez to, co go wtedy spotkało, jego życie się zmieniło, on sam się zmienił. Zapewne od tamtego czasu stał się sadystą :( Mało tego, do końca swojego istnienia będzie pamiętał to, co zrobił mu w tamtej chwili wuj. Straszne jest też to, że Dylan nie wie, że Michael nie jest jego biologicznym ojcem. Myśl o tym, że skrzywdził go własny ojciec, na pewno miała jakieś znaczenie w życiu Dylana. Jestem pewna, że Dylan nie rozpaczałby tak, gdyby wiedział, że Michael jest jego wujem. Gggrr...dlaczego rodzą się tacy debile?! Nie dość, że znęca się nad własną żoną, to jeszcze nad dziećmi. To straszne, ale w tym rodzie to już chyba norma. Naprawdę współczuję teraz Dylanowi :( Może jest dupkiem i sadystą, ale co mu się dziwić, skoro właśnie takie zachowanie zaobserwował już w dzieciństwie? Przykro mi się robi, kiedy pomyślę, że takie małe, bezbronne dziecko stało się doświadczonym mordercą.
      Teraz napomknę o odwiedzeniu grobu matki. Szczerze? Nie spodziewałam się takiego wyznania ze strony Dylana. W końcu to okrutny drań, a jednak dobrze wie, co to jest miłość. Pomimo ciągłego cierpienia, które zadawała mu matka, on ją naprawdę kocha. Być może czuje do niej żal, za to, że się za nim nie wstawiała i nie dbała o niego tak jak o Jaspera, ale po tym wszystkim on ma prawo do tego, aby tak czuć, ponieważ to traktowanie obu braci było niesprawiedliwe. W ogóle, co ma znaczyć, że pierwsze dziecko kocha się bardziej? Przecież to się w głowie nie mieści! Czy aby na pewno te wszystkie wysoko urodzone wampiry są zdrowe umysłowo? Mnie się wydaje, że nie :P

      Usuń
    4. Kocham rozmowy Jaspera i Dylana. Bardzo ze sobą kontrastują, a umieszczenie ich w tym samym miejscu i tym samym czasie, może doprowadzić do czegoś zabawnego :D Chociaż tym razem, konfrontacja braci nie zakończyła się zbyt śmiesznie. Ta nagła i nieprzyjemna wymiana zdań była braciom bardzo potrzebna. Jasper jest zajęty sprawami dworu, a Dylan zajęty zabijaniem wrogów. Ciągle ciążyły im pewne sprawy, a powiedzenie, co leży im na wątrobie z pewnością im w jakiś sposób pomogło. Odnoszę wrażenie, że młodzi Denverowie nie przepadają za sobą. Ja rozumiem, że rozgrywa się walka o władzę, o pozycję i tego typu sprawy, ale przecież oni są rodzeństwem. Czy więzy rodzinne nic dla nich nie znaczą? Liczy się tylko to, kto wygra koronę? Czy ta rywalizacja o tron ma prowadzić do wzajemnej nienawiści? Obaj bracia mają rację. To prawda, że Jasper mógł się bardziej zainteresować młodszym bratem, lecz prawdą jest też, że Dylan jest oporny na jakiekolwiek ugody i ma on dość chamskie odzywki. W ogóle jest on typem człowieka [w tym wypadku wampira], który wszystko rozpamiętuje i nie chce pierwszy ustąpić. Czy tak trudno jest wyciągnąć rękę do zgody? A po co w ogóle rozejm? Duma ważniejsza. Jeny, jak mnie coś takiego wkurza. Z racji tego, że duma Dylana stoi bardzo wysoko, to jest on uparty jak osioł i za nic nie da się go przekonać do zmiany zdania. Ech, ten chłop doprowadza mnie do coraz większej konsternacji. Z jednej strony mam ochotę go przytulić i pogłaskać po głowie, a z drugiej natomiast udusić za takie chamskie zachowanie. No i co w takiej sytuacji zrobić XD?
      Przejdę teraz do tej zabawniejszej części rozdziału :D
      " – W jakimś stopniu się już na to przygotowałem – mruknąłem i zbliżyłem literatkę do ust, żeby upić kilka łyków."- oho! Dylan popełnił podstawowy błąd. Z doświadczenia wiem, że lepiej niczego nie brać do buzi, podczas gdy druga osoba chce powiedzieć coś ważnego, ponieważ 90% ludzi po usłyszeniu wieści od drugiej osoby zaczyna się krztusić lub dławić albo: "– Zostaniesz na miesiąc w jego akademii – powiedział ze stoickim spokojem, a ja wyplułem zawartość ust na jego twarz [...]"- Albo po prostu wypluwa całą zawartość ust na swojego rozmówcę jak w tej chwili Dylan XD Tak samo jak Twoja inna komentatorka "Lex May", kocham Cię za ten fragment XD Nawet nie wiesz jak bardzo się uśmiałam, kiedy to czytałam :D Oprócz tego fragmentu, rozbawiła mnie jeszcze jedna scena. Otóż: "korzystając z tego, że się pochyliłem, wspięła się na palce i złożyła słodki, niewinny pocałunek na moim policzku. Następnie skłoniła się tak, jak była nauczona i w podskokach odeszła do swoich towarzyszek"- Tak! Tylko czekałam na moment, aż to zrobi XD Bardzo fajnie mi się to czytało. Uśmiałam się jak nigdy :D Chyba nie do końca Dylan miał to na myśli XD Rety, nie sądziłam, że będę miała taki ubaw dzięki Laurel :)
      A propo Laurel. Ciekawa jestem, co z niej wyrośnie. Ta mała osóbka zaintrygowała mnie. Niby taka słodka i niewinna, a jednak marzy o zabijaniu. Przyznam, że zaskoczył mnie fakt, że jej ojciec zgodził się na te treningi. Być może w przyszłości Laurel zaskoczy wszystkich swoimi umiejętności do walk. Kto wie, może będą z niej ludzie. Modlę się o to, aby nie była jak te zarozumiałe dworskie panienki. Nie dziwię się, że mężczyźni mają ich dość. Tak czy owak, Laurel ma moje błogosławieństwo. Mam nadzieję, że pokaże pozostałym mieszkańcom dworu, że nie wszystkie damy są fałszywymi żmijami ;)

      Usuń
    5. Wybacz, że się czepiam, ale czytając powyższy rozdział, zauważyłam drobne kilka małych błędów. A więc: Od momentu, w którym Dylan wchodzi do krypty do momentu, w którym przemawia do swojej matki: "Oświetlając sobie drogę, zacząłem schodzić w podziemia, do właściwej krypty, gdzie były wszystkie trumny." - bez przecinka przed 'do'. Następnie: "Zapalałem każdą napotkaną pochodnię, lub coś, co zawierało w sobie odrobinę nafty czy wosku."- bez przecinka przed 'lub'. Dalej: "Szybko rozpaliłem wszystkie świece, znajdujące się przy jej grobowcu, a do wazonu nalałem wody, z mosiężnego dzbana i włożyłem świeże kwiaty."- przed 'z mosiężnego' nie powinno być przecinka.- Sory, ale nie mogłam się powstrzymać. Błędy interpunkcyjne działają na mnie jak płachta na byka XD
      Chcę Ci jeszcze podziękować za odpowiedzi na komentarze. Nie każdy autor bloga to stosuje, natomiast taka odpowiedź poprawia mi humor, zresztą nie tylko mi, a każdemu, kto dostał od Ciebie odpowiedź ;^ Cieszę się z każdej Twojej odpowiedzi na komentarze, ponieważ to świadczy o tym, że je czytasz i naprawdę zależy Ci na czytelnikach ;* Również cieszy mnie fakt, że moja opinia ma dla Ciebie znaczenie, bo to znaczy, że nie zmarnowałam czasu pisząc tutaj komentarz :)

      Z okazji nadchodzącego Nowego Roku, pragnę Ci złożyć moje najserdeczniejsze życzenia! Życzę Ci zdrowia, siły na następny rok, radości z życia, abyś nie żałowała ani jednej chwili, mile spędzonego czasu wśród najbliższych, cierpliwości dla swoich komentatorów XD, a oprócz tego mnóstwo weny i nowych świetnych pomysłów :*

      Ps.Popieram pomysł "Lex May" o usunięciu limitu znaków :D To wkurzające :/ Nawet nie wiesz, ile ja się musiałam namęczyć, żeby ten komentarz miał ręce i nogi. Głupi limit!! :/ Pozdrawiam ;*

      Usuń
  8. Bardzo szybko i z wielką przyjemnością przeczytałam wszystkie rozdziały, ale wybacz, że komentarz będzie jaki będzie - jestem zmuszona pisać z telefonu.
    Generalnie z chęcią wrócę na kolejny rozdział, bo podoba mi się świat i bohaterowie, ale widziałam, że dostajesz tu sporo pochwał, więc chyba wiesz, że opowiadanie jest naprawdę udane. Dlatego zamiast tego trochę się poczepiam.
    Często mieszasz czasy, ma to zwykle związek z mieszaniem mowy zależnej i niezależnej (warto o tym poczytać). Trochę za bardzo rozwodzisz się w opisach przeżyć i często wychodzą z tego jakieś głupotki. Wiele zdań jest zbędne i wprowadzają tylko niepotrzebne zamieszanie. Poza tym mam nadzieję, że z tego wszystkiego nie wyniknie jakiś banalny wątek romansowy znikąd.
    Czekam na kolejny rozdział i zapraszam - dzien-ostatni.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  9. Rzeczywiście przy perspektywie Dylana masz niewyczerpane pokłady weny;D Ale to dobrze. Powoli przyzwyczajam się do długich rozdziałów, tym bardziej że opowiadanie wciąga.

    Ten rozdział bardzo zaskoczył mnie pod względem uczuciowości Dylana. W poprzedniej wersji nie czułam, żeby tak bardzo przeżywał zachowanie matki. Kierowała nim raczej wściekłość (przynajmniej w mojej ocenie), a tutaj wydaje mi się, że on jest po prostu nieszczęśliwy, że traktowała go gorzej. Siedzi w nim ogromny żal i nie byłoby to nic dziwnego, gdybyś pisała o normalnych ludziach. Wtedy w ogóle nie byłabym zdziwiona, że mężczyzna odczuwa skutki tego, jak był traktowany przez rodziców w dzieciństwie. Ale tutaj chodzi o silnego wampira – wydawałoby się, że bez uczuć – i na razie ciężko mi sobie wyobrazić go jako skrzywdzonego, rozżalonego i cierpiącego. Nie myśl, że sugeruję Ci teraz, że coś jest źle – nie! – po prostu przyzwyczaiłam się do Dylana, który chowa uczucia i ma wszystko w dupie. A tutaj widzę, że ta złość względem brata i wydarzenia z przeszłości to dla Dylana ciągle otwarty temat, który nadal go rani. I teraz zastanawiam się jaki naprawdę jest Dylan… Może wcale nie jest straszny i bezwzględny? Może wewnętrznie jest całkiem inny niż każdy myśli? Ciekawa jestem jego rozwoju :D Chyba dlatego tak chętnie czytam jego perspektywy. Żeby dowiedzieć się jaki on naprawdę jest :D

    Ta scena, gdy Michael uprawiał seks z jakąś służką była obrzydliwa, bleh. Nie chcę nawet sobie wyobrażać, co musiał czuć mały Dylan widząc swojego ojca w takiej sytuacji. Nie dziwię się, że nawiedza go to teraz we wspomnieniach. Nie jest przyjemnie zastać rodziców w takiej sytuacji, a co dopiero przyłapać jedno z nich na zdradzie! I ta kara… rany. Z Michaela to był dopiero potwór… Chociaż… nie wiadomo czy „był” czy „jest” no nie? Ale by były jaja gdyby w którymś rozdziale wrócił ;O

    Podobało mi się też to jak przedstawiłaś Nathana. Super, że pokazujesz, że jest ktoś silniejszy od Dylana i że Dyl nie jest tutaj pępkiem świata. Miło widzieć, że czuje do kogoś respekt.
    Z każdym rozdziałem coraz bardziej widzę, że naprawdę dopracowałaś fabułę i wiesz o czym chcesz pisać. Jestem pod wrażeniem i teraz mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że cieszę się, że zaczęłaś od nowa;)

    Ściskam ;*
    I informuję, że u mnie też pojawiła się niedawno nowość ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  11. Nadrobiłam zaległości.
    Wow, mocny rozdział, miałam wyraźny obraz tego jak Dylan zarobił manto od ojca, okropny. Może Dylan nie jest jego biologicznym synem? Dlatego tak go traktował. Sama nie wiem, a może po prostu był z niego bydlak a nie ojciec.
    Już nie mogę się doczekać kiedy Dylan spodka młodą łowczynie aż mam motyle w brzuchu xD

    Pozdrawiam i życzę WENY kochana :*

    OdpowiedzUsuń
  12. Jestem kochanie, jakby co to ja dawna Gloria Virgo, a teraz Coctai Lova :)
    Przykre, że matka wstawia się za jednego z synów... Powinna raczej obydwóch traktować równo. No, ale to się jednak często zdarza. Biedny Dylan, to tak powstała jego rana? Michaela nie lubię i koniec i basta, to jak traktował swoją rodzinę, przyprawie mnie o dreszcze. I to jak mały Dylan przyłapał go na ekhem... to okrutne :(
    Ciekawe jak to się potoczy :) <3 Weny :****

    OdpowiedzUsuń
  13. Podoba mi się ten rozdział, bo widać w nim inną stronę Dylana. Myślę, że łatwiej będzie zrozumieć jego zachowanie po poznaniu jego przeszłości. Z pewnością nie miał łatwego dzieciństwa i wygląda na to, że chciał jedynie uznania i dumy ze strony swoich bliskich. Na swój sposób bardzo kochał matkę - pomimo że ją zabił, ale go chyba znaczy, że rozumiał ją lepiej niż ktokolwiek inny. Myślę, że w takim układzie trudno będzie mu porozumieć się z Jasperem, ale możliwe, że kiedyś do tego dojdzie. Chyba oboje potrzebują tej relacji.
    Nathaniel ma w sobie mnóstwo cierpliwości. Ja z pewnością wydarłabym się na niego, ale on najwyraźniej jest przyzwyczajony. Myślałam, że Dylan dostanie nieco większą rolę w tej wyprawie, ale to mogłoby zapoczątkować nowe konflikty z Łowcami :P Wampiry nie są takie głupie.
    Pozdrawiam :D

    http://iskra-duszy.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  14. Tak jak mówiłam, udało mi się nadrobić wszystkie rozdziały jakie się tu pojawiły. Muszę powiedzieć, że niesamowicie wciągnęło mnie to opowiadanie i zasługą zdecydowanie jest to, że po prostu dobrze je napisano ;). Co prawda nie do końca pasują mi tak długie rozdziały, ale podejrzewam, że króciutkie męczyłyby mnie jeszcze bardziej, bo zdążyłabym się wczuć i nagle koniec. Dobra, nieważne. Niech zostaną takiej długości, jakiej są.

    Ze wszystkich najbardziej podoba mi się właśnie ten rozdział. Jest chyba najmocniejszy. Zobaczyliśmy trochę inną wersję Dylana – widać w nim prawdziwe emocje i to bardzo, ale jednak wciąż pozostaje zimny. Jego przeszłość tłumaczy to, jakim stał się teraz. Tak jak napisała wyżej Red Criminal z początku Dylan sprawiał wrażenie wściekłego, ja zaryzykowałabym nawet stwierdzenie – złego, a on jest najwidoczniej po prostu nieszczęśliwy. Podoba mi się bardzo sposób, w jaki kreujesz jego postać. Mimo wielu paskudnych cech charakteru i usposobienia, jakoś się go lubi. Albo tylko ja go lubię, to też możliwe. W każdym razie ten bohater przypadł mi do gustu bardziej niż większość tych, które poznaję na blogach. Teraz mam zagwozdkę, bo nie umiem powiedzieć, jaki on naprawdę jest, a raczej potrzebowałabym powodów, żeby powiedzieć, jaki jest w środku, a jaki na zewnątrz lub za jakiego jest uważany. To ciężka postać, ciężka do określenia. Wielki szacunek za jej stworzenie i podjęcie się próby pisania z jego perspektywy. Od dobrego jej prowadzenia bardzo wiele zależy, a idzie Ci to świetnie.

    Wyjątkowo obrzydziła i zdenerwowała mnie cała ta scena z przeszłości Dylana. Jego ojciec to do prawdy jakiś potwór, bo inaczej nie można określić myślącego stworzenia, które skrzywdziłoby w taki sposób swoje dziecko, w dodatku siedmioletnie, czyli niemal całkowicie bezbronne. Aż brak mi słów na to. (Swoją drogą trochę rozczulił mnie obraz Dylana jako dziecko – wydaje mi się, że był uroczy) To również sprawiło, że jakoś przychylniej patrzę na poczynania Dylana. Łatwo mi go usprawiedliwiać, nawet jeśli nie ma ku temu powodów.

    Myślałam, że Dylan dostanie trochę ciekawsze zadania na tej wyprawie. Spodziewałam się, że będzie uczył. Mimo że tak najwidoczniej nie będzie, podejrzewam, że dojdzie tam do konfrontacji z Allyson, ciekawe tylko, czy będą one dobre.

    To chyba wszystko z mojej strony. Jestem z siebie nawet trochę dumna, bo rzadko zdarza mi się tak rozpisywać w komentarzach. Naprawdę rzadko. W każdym razie życzę Ci dużo weny i czekam na kolejne rozdziały. Pozdrawiam!

    http://wszyscyjestesmyartystami.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  15. Twoje opowiadanie jest cudowne - rzadko można spotkać w blogosferze kogoś, kto pisze w ten sposób. Jak zwykle mogłabym doczepić się dzielenia pojedynczych rozdziałów na części, ale do treści nie mam żadnych zastrzeżeń - piszesz tak, jakbyś tworzyła powieść, a nie opowiadanie. I tak trzymaj dalej!
    Zostawiłam tę recenzję zarówno tutaj, jak i w spamie, bo chciałam zaprosić cię też na swojego bloga, a nie chcę, żeby pochwała przy okazji zginęła
    http://preludiumofwyverntrylogy.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  16. Wchodzę codziennie sprawdzić czy nic nie dodałaś. :D Proszę dodaj ten kolejny rozdział! Umieram z ciekawości. Błagam Cię! Wiem, że masz pewnie dużo obowiązków, więc jeżeli nie masz na razie czasu, to powiedz chociaż kiedy mniej więcej będzie... Bardzo proszę. :)
    Ściskam :**

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam tak samo i całkowicie podpisuję się pod powyższym pomysłem :D Kochana, nie można tak po prostu zostawiać bloga przez 3 miechy bez żadnego odzewu z Twojej strony. Z tego, co zaobserwowałam, Twoi czytelnicy są cierpliwymi i wyrozumiałymi osobami. Długo czekaliśmy na Twój powrót i kiedy w końcu nadszedł... Ty znowu nas opuszczasz, tyle że bez żadnej informacji. Nawet bez jednego głupiego zdania "Jestem zajęta i nie wiem kiedy pojawi się kolejny rozdział, na pewno nie w tym miesiącu" czy chociażby "Publikowanie rozdziałów zostało tymczasowo zawieszone"-tyle. Tak mało wysiłku w te kilka zdań, a jak dużo mi, jako Twojej czytelniczce, daje. Wiem, że każdy ma swoje życie prywatne, ale stara no! Nie zamulaj i ogarnij Ty się trochę. Dla nas i dla siebie samej :)
      Pozdrawiam, Twoja cierpliwa i wyczekująca następnego postu czytelniczka ;*

      Usuń
  17. Hejka kiedy dodasz kolejny rozdział ?

    OdpowiedzUsuń
  18. No, to jestem :D
    Zacznę trochę nie po kolei, ale jest coś, co mnie zbulwersowało i przez co poniekąd mogę usprawiedliwić Dylana ze wszystkiego tego, co robi. Chodzi mi tutaj oczywiście o jego wspomnienie z dzieciństwa. Mając takiego ojca nie dziwię się, że chłopak wyrósł na takiego, a nie innego. Jakby nie patrzeć ojciec jest dla syna takim trochę autorytetem, zwłaszcza w okresie dzieciństwa, a mając taki wzór to naprawdę współczuję Dylanowi. Już pomijając, że zdradzał swoją żonę, to zamiast pochwalić syna że włada tak potężnym i z tego co zrozumiałam to rzadkim żywiołem to on wyrządził mu krzywdę o której Dylan będzie sobie przypominał już zawsze kiedy tylko spojrzy w lustro. Naprawdę nie mam pojęcia czemu ktoś taki w ogóle miał dzieci. Żeby co? Żeby się pochwalić, że ma synów, męskich potomków rodu? Ciekawa jestem, co by zrobił, gdyby miał córkę, czyli w pojmowaniu wampirów istotę gorszego sortu… Boję się myśleć. I o ile z jednej strony mogę winić matkę Dylana, tak z drugiej trochę ją rozumiem. Sprzeciwić się takiemu psychopacie to jak igrać z ogniem. Jednak jeśli obstać za Jasperem miała odwagę, a za Dylanem już nie, to rzeczywiście coś tu nie gra…
    Podoba mi się Nataniel. Właśnie taki moim zdaniem powinien być wampir, który już trochę przeżył i na dodatek taki z poważaniem wśród ludzi. Wyniosły, elegancki, trochę chłodny. A nie myślący tylko o śmiertelniczkach które można by zjeść na przekąskę i o tym, jak tu najlepiej sprzedać swoją córkę za mąż. A on mi się podoba. Dylan przy nim jakby się nie starał to wypada jakoś tak miernie, jak nastolatek. I jak już jesteśmy na ich temacie to naprawdę już zacieram rączki bo nie mogę się doczekać, co wydarzy się w akademii. Bo znając Dylana to bez skandalu się nie obejdzie xD I trochę mi szkoda, że jedzie tam tylko jako żeby wybijać upadłych i jako „urzędnik” bo nie ukrywam, że chciałabym zobaczyć, jak trenuje uczniów akademii. Chociaż pewnie jakby zobaczył ich poziom to pewnie tylko zaniósł by się szczerym śmiechem, bo nie ukrywajmy, ale czytałam już o Dylanie w akcji i mam wrażenie, że jak dobrzy by nie byli ci adepci, to ich poziom w porównaniu do naszego wampirka jest conajmniej słaby xD
    Aaa, no i Laurel! Z jednej strony mnie irytuje tą swoją lekkomyślnością i tym, że jest taka przesłodzona, ale z drugiej cieszę się że pozwolili jej walczyć i mam cichą nadzieję, że te treningi będą jej dobrze szły i uda jej się zaskoczyć nie tylko mnie, ale i samego Dylana
    Także lecę dalej i mam nadzieję, że doczekam się tego treningu Dylana z adeptami :D

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz :) Zawsze miło się odwdzięczę :)