środa, 29 marca 2017

Rozdział 3.1

Strumień potu spływał po moim ciele, a ubranie kleiło się do skóry. Mimo tych niekomfortowych warunków, wciąż byłam pełna życia, uśmiechnięta i szczęśliwa, mimo iż czasami dostawałam potężne ciosy od mojego przeciwnika. Od dawna nie trenowałam z moim najlepszym towarzyszem, więc teraz, gdy miałam możliwość do tego, wykorzystywałam każdą chwilę. Wspólnie spędzony czas, był dla mnie przyjemnością. Od dwóch godzin bez ustanku ćwiczyliśmy atak przeciwko wampirom i zbierałam mnóstwo batów, ale również i pochwał, które były niesamowicie motywujące. Mike, mój mentor, uśmiechał się do mnie złośliwie i przewracał mnie za każdym razem, gdy źle wykonałam ruch. Z kwaśną miną lądowałam na macie w hali treningowej raz za razem, lecz nie poddawałam się i szybko wracałam do ustalonej pozycji. Szanse były tak nierówne, że nawet ślepy byłby w stanie stwierdzić, kto w tej walce ma przewagę. Już nawet nie chodziło o to, że on jest mężczyzną, a ja kobietą. Mike, był po prostu najlepszym z najlepszych. Sześć lat temu ukończył naszą szkółkę z najlepszymi wynikami. Oprócz tego, jako rekrut zabił pięcioro upadłych, a to nie zdarzało się często. Uczniowie nie mogli opuszczać murów szkoły, ani tym bardziej bawić się w polowanie, bo żadne z nas nie dostawało swojej broni aż do ukończenia szkolenia. Mike natomiast łamał szeregi reguł, przez które ojciec musiał go wielokrotnie karać, choć… widząc, jak bardzo chce pomóc w eliminacji upadłych, nie miał serca, by wydalić go ze szkoły. Miał w sobie wrodzony talent po rodzicach, których, jak większość z nas, chciał pomścić. Był najlepszym łowcą klasyfikujących się w wieku od dwudziestu do trzydziestu lat. A jego zdolności zostały odkryte dzięki mojemu ojcu, który osobiście go szkolił odkąd był dzieckiem. Rodzice Mike’a i moi, byli dobrymi znajomymi, dlatego mój tata wziął pod swoje skrzydła chłopaka, gdy jego rodzice zginęli. Od najmniejszych lat wiedział o wampirach i trenował wytrwale, aby umieć ich zabić. Najważniejsze w tym wszystkim było jednak to, że pomimo swojej chęci zemsty, nie zapomniał, jak to jest być człowiekiem. Wciąż często się uśmiechał, żartował i flirtował, jak gdyby nigdy nic nie miało miejsca, jakby upadli w ogóle nie istnieli. To sprawiało, że uwielbiałam go, tak samo jak Maxa! Razem z moim ojcem tworzyli najważniejsze męskie trio w moim życiu.
– Naprawdę seksownie wyglądasz w tym mokrym podkoszulku – mruknął i posłał mi oczko, jednocześnie wyrywając mnie z rozmyślań. Spojrzałam na niego ze złośliwym uśmieszkiem. Jego brązowe włosy były w kompletnym nieładzie, a podkoszulek tak samo jak mój, przyległ do ciała.
– Wampirzycy, która na ciebie naskoczy też powiesz ten tandetny żarcik? – rzuciłam zaczepnie, czym wywołałam u niego uśmiech.
– Oczywiście, że jej to powiem. Mogę być nawet pewny, że będzie zadowolona.
Ponownie ustawiliśmy się w odpowiednich pozycjach i mierzyliśmy się wzrokiem. Obserwowałam uważnie jak balansował pięściami przy twarzy i czekałam na moment do ataku. To ja pierwsza ruszyłam w jego stronę wymierzając mu dwa proste ciosy w głowę, prawy sierpowy na boki i mocne kopnięcie w wątrobę na deser. Wszystko oczywiście zablokował, ale widziałam na jego twarzy lekki grymas bólu. Zaraz po tym przystąpił do kontry i wymierzał mi ciosy. Zasłoniłam głowę pięściami i pochyliłam się bardziej. Starałam się unikać jego ciosów, albo nie zwracać na nie swojej uwagi. Gdy byłam pewna, że będzie chciał się wycofać, żeby wykonać kopnięcie, gwałtownie zbliżyłam się i wymierzyłam sierpowego w bok, którego się nie spodziewał. Szybko jednak zrobił zgrabny piruet i ponownie zwiększył dystans między nami.
– Wystarczy nam na dzisiaj – powiedział spokojnie i przybliżył się do mnie, żeby poczochrać mnie po głowie. – Jak tam przygotowania, do ostatniego roku?
– Szczerze mówiąc, to nie zrobiłam niczego, co rozwinęłoby moje umiejętności – mruknęłam i spuściłam głowę. Swój wzrok natomiast wlepiłam w podłogę. Poczułam delikatne palce Mike’a na swoim podbródku, a po chwili ostrożnie podniósł moją głowę do góry, żeby spojrzeć mi prosto w oczy.
– Sądzę, że jest inaczej, Ally – uśmiechnął się. – Zrobiłaś ogromne postępy, jedyne czego ci brakuje, to doświadczenia w walce z bronią.
– Harry dostał wytyczne w związku z naszymi treningami. Nie możemy zrobić sobie krzywdy machając kołkami.
– Nonsens! – warknął. – Wszystko dlatego, że grupka bogatych łowców zatruwała głowę przewodniczącemu, że ich dzieci robią sobie krzywdę w akademiach. Jak niby rekruci mają zabijać później upadłych, skoro przez tyle lat nie mają obycia z bronią palną? Okres, kiedy wampiry zabijało się za pomocą kołka i siekiery, jest już dawno za nami.
– Też tak myślę – wytarłam twarz ręcznikiem, który wyciągnęłam z torby. – Słyszałeś o planie Harrego? Chce, żeby wampiry z dworu pomogły nam z martwymi.
– Wspominał mi o tym, przez telefon. Nie ukrywam, że zbytnio mnie to nie cieszy. Zrównaliśmy nasz honor z ziemią.
– Mike, honor to nie wszystko – złapałam chłopaka za ramię. – Wampiry są silne, władają nad żywiołami i zabijanie tych bestii nie sprawia im kłopotu. Pomogą nam.
– Jestem pewny, że już się z nas śmieją – ciemnowłosy zacisnął dłonie w pięści. – To strasznie nadęte bestie.
– A ja uważam, że nie będzie tak źle – uśmiechnęłam się wywołując dziwne spojrzenie u mojego mentora. – Idę pod prysznic, dzięki za trening, Mike.
Z uśmiechem na twarzy wyszłam z hali treningowej prosto do pustych szatni. Otworzyłam swoją szafkę, wyciągnęłam z niej ręcznik i różany żel do ciała, po czym udałam się pod prysznic. Za kilka minut zacznie się kolacja, a później w końcu będę mogła się wyspać. Chyba ostatni raz, przed rozpoczęciem ostatniego roku. Już od jutra do szkoły zaczną przyjeżdżać nowi rekruci, którym trzeba będzie pokazać pokoje, a później całą grupę oprowadzić po szkole. No i oczywiście zacznę pilnować uczniów w nocy, żeby nigdzie nie wychodzili. Wszyscy doskonale wiedzą, że noc jest dniem wampirów i niebezpiecznie jest przebywać w pobliżu murów i kusić drapieżniki, jednakże mimo tego, wielu śmiałków stara się uciec nocą ze swoich pokoi. Rozumiałam ich ciekawość, sama nie raz chciałabym sprawdzić się w walce z upadłymi, jednakże zakaz był zakazem i choć bardzo chcieliśmy go złamać, musieliśmy się podporządkować. Wszyscy.
– Cześć, słonko – Max uśmiechnął się do mnie, gdy dosiadłam się do jego stolika z pełnym talerzem. – Braciszek skopał ci tyłek?
– Jak zawsze – jęknęłam opadając ciężko na krzesło. – Nie wierzę, że już jutro zaczyna się cała nasza zabawa w prefektów, trzeci raz z kolei.
– Uczniowie za nami nie przepadają – zauważył Max.
– Za nami? – prychnęłam i posłałam chłopakowi lodowate spojrzenie. – Chyba za mną. Ciebie dziewczyny kochają i koledzy szanują, mnie wszystkie traktują jak wroga i jak jakąś księżniczkę.
– Jesteś przecież małą księżniczką – zaśmiał się blondyn – Tatuś i inni nauczyciele cię uwielbiają, legenda tej szkoły jest twoim mentorem, a ponad to możesz chodzić nocą wokół murów. Wszystkie przywileje, o jakich marzą dziewczyny, a zwłaszcza o twoim seksownym nauczycielu.
– Sam więc widzisz – westchnęłam z pochmurną miną i zaczęłam dłubać widelcem w jedzeniu, które przyniosłam. – Powinnam zrezygnować z posady prefekta.
– Nie przesadzaj, kotku – chłopak poczochrał mnie po włosach i objął ramieniem. – Jesteś urocza, waleczna i uparta, nikt inny nie nadaje się do tej roli.
– Poza tym umiem oprzeć się twojemu urokowi – zaśmiałam się.
– To akurat twoja wada – jęknął, po czym oboje wybuchliśmy głośnym śmiechem. Przez chwile jedliśmy w spokoju nasze posiłki, gdy nagle Max odłożył widelec i spojrzał na mnie nieco poważnym wzrokiem. – Jak sądzisz, wampiry w końcu kogoś do nas wyślą?
– Nie mam pojęcia, ale liczę na to – uśmiechnęłam się blado. – Tata wysłał do nich listy w połowie tygodnia, miejmy nadzieję, że już je odczytali.
– Wolałbym żeby już przysłali odpowiedź – prychnął poirytowany chłopak. – Gdy rodzice zaczną przywozić tutaj swoje dzieci, upadli wyczują ludzką krew, zaczną się zbierać pod murami.
– Damy radę, Max – spojrzałam mu prosto w oczy. Sprawiło to, że coś ukuło mnie w sercu. Od razu przywołało to falę wspomnień związanych z czasem, gdy jeszcze byliśmy parą. Nie da się ukryć, że wtedy byłam szalenie w nim zakochana… sentyment do tego rozczochranego blondyna, pozostał mi do tej pory. Wiedziałam jednak, że był odrobinkę niedojrzały jeśli chodzi o stałość w związkach. Dla niego to była świetna zabawa, a wszystkie jego dziewczyny, włącznie ze mną, brały to na poważnie.
– Odprowadzić cię? – zaproponował nagle.
– Jasne – zaśmiałam się. – To będzie twój ostatni raz w tym semestrze, gdy będziesz mógł bezkarnie wejść do żeńskiego dormitorium.
– Dokładnie o tym samym pomyślałem – uśmiechnął się szeroko.
Gdy skończyłam posiłek, położyłam swój talerz na jego i zabrałam oba do zlewu. Max czekał na mnie przy drzwiach z szerokim uśmiechem, który działał na wszystkie znane mi dziewczęta. Każda do niego wzdychała, nawet ja. Wiedziałam, że mój i jego związek już raz zakończył się fiaskiem, ale byłam ciekawa, czy drugim razem byłoby tak samo. Powstrzymywało mnie jednak to, że nie widziałam od niego znaków, które świadczyłby o tym, że i on coś do mnie czuje. Był jak zwykle sobą, czyli flirciarzem na każdym kroku.
Byliśmy w połowie schodów na drugie piętro, gdy rozległy się strzały i huki. Obydwoje szybko  wyjrzeliśmy przez okno i dostrzegliśmy kilku biegnących strażników, a na czele mojego ojca. Prawdopodobnie kolejni upadli przyszli złożyć nam wizytę… Serce mocniej mi zabiło, a całe ciało pokryła gęsia skórka. Właśnie z tych względów, noce w akademii nie należały do najprzyjemniejszych.
– Potrzebujemy ich pomocy, czy tego chcemy czy nie – wyszeptałam.
– Chyba masz rację – dodał Max. – Chcesz, żebym spał z tobą?
– Tak Max, nie czuje się zbyt dobrze…
– Zauważyłem, cała zbladłaś.
Nie skończył nawet mówić, gdy już poczułam jego palce na talii i udach. Bez problemów podniósł mnie i wyniósł po schodach, a ja wciąż patrzyłam na jego poważną twarz z szeroko otworzonymi oczami. Tylko ja znałam tę naturę Maxa. Dla wszystkich był on jedynie playboyem, który wiecznie się uśmiecha i kokietuje każdą istotę płci żeńskiej. Każdy uważał go za wiecznie szczęśliwego chłopaczka, który żyje w obłokach i nawet nie myśli o tym, by wrócić na ziemię. Ja i mój tata znaliśmy bardzo dobrze tego mężczyznę włącznie z historią. Jego rodzice nie byli zbytnio szczęśliwi z posiadania dziecka i zawsze traktowali go oschle. On, tak jak ja, również od wielu lat mieszkał w szkółce i nigdzie nie wyjeżdżał, ponieważ jego rodziciele całkowicie oddali się służbie i nie mieli czasu na to, by wychowywać dziecko. Miałam tę przyjemność osobistego spotkania z państwem Wood i nie należało ono do najprzyjemniejszych. Odwiedzili swojego syna półtorej roku temu, a ich wizyta trwała jakieś dwie godziny, z czego jedną poświęcili mojemu ojcu i ogólnym oględzinom szkoły. Ich niezwykle oschły ton wobec syna, przerażał mnie. Po tym co zobaczyłam jeszcze bardziej zaczęłam podziwiać tego uwodziciela, za to, że potrafi się uśmiechać, żartować i żyć pełnią życia, mając taki dramat rodzinny.
Max delikatnie położył mnie na łóżku w pokoju, po czym sam ułożył się tuż za mną. Nie obejmował mnie, po prostu leżał i to sprawiało, że czułam się bezpieczniej mimo iż słyszałam strzały za oknem i wrzaski strażników. Ścisnęłam mocniej powieki, żeby nie płakać i modliłam się w duchu o to, aby żaden z naszych ludzi nie zginął tej nocy. To było niesamowite poświęcenie, ze strony starszych łowców i zawsze, choćbyśmy ich nie lubili, oddawaliśmy poległym należyty szacunek i hołd. Dzięki ich śmierci, my możemy żyć, a w przyszłości podziękować za heroizm poległych w taki sam sposób.   
– Max, dlaczego upadli nie atakują dworu wampirów, tylko nas? – zapytałam nagle. – Przecież krew czystokrwistych jest lepsza.
– Oni mają lepszą ochronę niż my – westchnął chłopak. – Ponoć nie ma tam żadnego upadłego w promieniu pięćdziesięciu mil. My, mamy ich pod nosem…
– Chciałabym, żeby te bestie w ogóle zniknęły z ziemi.
– Ja również.
Ścisnęłam swojego smoka w palcach i pomyślałam o mamie, która zginęła z łap takich potworów. Uroniłam kilka łez i starałam się nie myśleć o tym, co działo się za oknem. Chciałam pomóc, naprawdę bardzo chciałam, żeby nikt nie musiał ginąć. Już i tak wielu z nas pożegnaliśmy w te wakacje.
Gdy obudziłam się rano, Maxa nie było już obok mnie. Leżałam w ubraniu i butach wciąż ściskając w dłoni naszyjnik. Wiedziałam, że dzisiaj mam mnóstwo pracy, za którą nie przepadałam, ale jednak jako prefekt musiałam utrzymać dobre imię szkoły. Podniosłam się z łóżka, szybko ściągnęłam z siebie nieświeże ubranie, a następnie wybrałam dla siebie coś nowego. Związałam włosy w kucyk i wyszłam z pokoju zamykając go na klucz. Odetchnęłam głośno i ruszyłam korytarzem trzeciego piętra w stronę schodów na dół. Gdy stanęłam na parterze, dostrzegłam swojego przyjaciela, który już witał przybyłych rodziców prowadzących swoje pociechy. Szkoła Dragonów miała już wiele lat służby, tysiące absolwentów i setki dyrektorów. Niektórzy uczą się tutaj pokoleniami i zachwalają sobie poziom nauki i szkolenia uczniów. Lecz są też tacy, którzy przyjeżdżają tutaj z czystej ciekawości, a wychodzą jako prawdziwi wojownicy. Nie brakuje u nas zwykłych śmiertelników, którzy nawet nie mają pojęcia o istnieniu wampirów. Wszystkiego dowiadują się dopiero tutaj. Z nimi najgorszy jest początek, gdyż nigdy nie chcą uwierzyć w ich istnienie. Szybko jest to jednak tłumione już na drugim roku ćwiczeń, gdy mentorzy pokazują im prawdziwych drapieżników.
– Zaczęło się? – zagadnęłam chłopaka, który przywitał mnie swoim uwodzicielskim uśmiechem.
– Już wkrótce zaczynamy ostatni rok – przytaknął. – Dostaniemy w końcu broń i będziemy mogli polować.
– I znajdziemy w heroicznej walce miłość swojego życia – dodałam pół żartem, pół serio, gdyż takie przypadki również się zdarzały.
– Tak – Max pochmurniał – Wolałbym jednak założyć rodzinę i żyć w spokoju o ich zdrowie i życie, a nie stale w strachu. Moi rodzice, żeby nie musieć stale o mnie pamiętać, wysłali mnie do akademii. Teraz rozumiem ich postępowanie, Ally – westchnął. – Nasza walka jest taką syzyfową pracą.
– Jeśli pozostaniemy na północy będziemy mięli spokojniejsze życie – zauważyłam. – Tutaj jest więcej wampirów, nie upadłych. W jakiś sposób możemy czuć się bezpieczniej.
– Nie wiadomo jak długo pakt z tymi bestiami przetrwa. Nie możemy na nich w żaden sposób polegać.
– Masz rację Max – przytaknęłam.
– Przepraszam – podeszła do nas kobieta z jedną dziewczynką. – Gdzie znajdziemy dyrektora?
– Zapisy przyjmowane są w sekretariacie – odpowiedziałam grzecznie, lecz kobieta jedynie ściągnęła brwi ku sobie. – A w jakiej to sprawie?
– Tę sprawę będę omawiać z dyrektorem Slade.
– Z całym szacunkiem, lecz dyrektor ma dużo spraw na głowie. My – tutaj wskazałam na Maxa i siebie. – jesteśmy szkolnymi prefektami i odpowiemy na każde pytanie.
– Więc odpowiedzcie mi, gdzie znajdę gabinet dyrektora – mruknęła sucho.
Popatrzyłam ukradkiem na Maxa, który wyglądał na zirytowanego, podobnie jak ja. Nie rozumiałam, czego ta kobieta mogła chcieć od mojego taty, skoro każdy z rodziców po przyjechaniu na miejsce, udawał się do sekretariatu i składał papiery dzieci, które następnie zostawały w szkole na dziesięć miesięcy. Oczywiście w czasie przerwy zimowej mogli zabrać swoje pociechy do domu, aby wspólnie spędzić święta, a także w weekendy odwiedzać ich. Jednakże, że względu na niebezpieczną podróż, mało który rodzic decydował się na zwyczajne odwiedzanie w czasie wolnego.
– Proszę wejść schodami na końcu korytarza na drugie piętro. Trzecie z kolei drzwi to gabinet dyrektora – wyręczył mnie Max.
– Dziękuję.
Zadarła głowę do góry i szarpnęła za sobą blond dziewczynkę. Po długim westchnięciu obydwoje wyszliśmy ze szkoły, aby przywitać nowych uczniów. Jedni wyglądali na przerażonych, inni na zachwyconych. Byli pełni życia i to najbardziej mi się spodobało. Żeby nadążyć za szkolnym harmonogramem, trzeba zawsze być w pełni sił.
Po południu zebraliśmy grupkę czternastolatków. Mój przyjaciel, zabrał ze sobą chłopców, oraz klucze do ich pokoi i od razu udał się do dormitorium dla mężczyzn. Ja zostałam z kilkunastoma dziewczynkami. Również odebrałam klucze z sekretariatu, oraz listę osób, które miały znajdować się w pokojach. Ci którzy chcieli być sami, zawsze rejestrowali się najwcześniej, aby zarezerwować sobie pokój. Inni zostawali automatycznie przydzieleni do dwu lub trzy osobowych pokoi. Wielokrotnie bywało tak, że dziewczyny, bądź chłopcy nie dogadywali się ze swoimi współlokatorami i robili kłótnie na wszystkie piętra. Rozumiałam ich, nie każdy może dogadać się z kimś o innych dziwnych gustach. Ja sama nie miałam tego problemu, zawsze miałam swój pojedynczy pokój, choć czasami żałowałam, że nie zostałam przydzielona do dwójki. Może miałabym przez to więcej przyjaciół. Bolało mnie to odrobinę, że każdy tutaj miał mnie za księżniczkę i córeczkę tatusia. Dziewczyny były zazdrosne o moją relację z Maxem i Mike’em, oraz o to, że mogłam w nocy chodzić gdzie chciałam. Wszystkie od razu posądzały mnie o to, że przesiaduje nocami w męskim dormitorium, jakbym nie miała niczego lepszego do roboty, tylko podsłuchiwanie chłopaków… Miałam jedynie Blair, i nawet zastanawiałam się, dlaczego do tej pory obie nie pomyślałyśmy o tym, ażeby mieszkać razem w jednym pokoju.
Gdy przydzieliłam każdej dziewczynce klucz do odpowiednich drzwi, wskazałam jeszcze łazienkę oraz powiedziałam, że na swoim piętrze mieszkają razem z piętnastolatkami, czyli mają swoje piętro i pokoje na dwa lata. Po całym wstępie dzieciaki zaczęły rozchodzić się do swoich obecnych mieszkań, aby wypakować rzeczy z walizek, które ze sobą taszczyli. Oprowadzanie po całej akademii będzie dopiero jutro po śniadaniu, gdy każdy wypocznie po podróży. W obecnej chwili powinny poznać swoje piętro dokładnie, rozpakować się i zapoznać ze współlokatorkami.
Spokojnym krokiem udałam się w kierunku wyjścia ze szkoły. Zeszłam po dużych, kamiennych schodach, aby następnie udać się w prawą stronę w kierunku szkolnego boiska. Miałam nadzieję, że uda mi się znaleźć tam Maxa. Lubił w czasie wolnym grać w koszykówkę, albo coś innego. Był człowiekiem sportu, więc wszystko co z nim związane, nie było mu obce. Niestety chłopaka nie było, przez co zmuszona byłam na chwile samotności. Wzięłam jedną z pomarańczowych piłek do koszykówki, odbiłam ją kilka razy od podłoża i rzuciłam do kosza. Nie trafiłam, tak jak zwykle. Mogłam dobrze odbijać piłkę przeciwnikom, jeśli miałam trafić do kosza… nic z tego nie wychodziło. Nigdy nie potrafiłam ustawić się na tyle dobrze, by trafić celnie do kosza.
– Allyson? 
Obejrzałam się za siebie i ujrzałam tę samą dziewczynkę, z którą przyszła dzisiaj kobieta do mojego taty. Wyglądała na nieco zmieszaną, ale podeszła bliżej mnie. Miała długi warkocz spleciony z bardzo jasnych włosów, oraz duże niebieskie oczy. Do tego była szczuplutka, choć na twarzy okrągła.
– Co się stało? – uśmiechnęłam się.
– Jestem Mia, spotkałyśmy się dzisiaj przy wejściu, gdy moja mama tak pilnie chciała się spotkać z dyrektorem.
– Pamiętam – skinęłam głową.
– Przepraszam cię za nią – spuściła nieco wzrok. Byłam zaskoczona jej zachowaniem, gdyż w życiu nie pomyślałabym, że zostanę przeproszona za… w zasadzie błahostkę. – Mama nie chciała żebym szła tutaj do szkoły, dlatego jest taka oburzona.
– Jak sądzę, nie miałaś nigdy wcześniej styczności z łowcami, prawda? – zagadnęłam.
– Nie – potrząsnęła głową. – Chodziła tutaj moja babcia. Opowiadała mi historie o wampirach, o wspaniałym okresie w tej szkole… dlatego chciałam tu przyjść.
– Skoro twoja babcia była łowcą, dlaczego mama nie chciała nim zostać?
– Bo ona w to nie wierzy – odpowiedziała od razu. – uważa to wszystko za głupotę, a łowców za fanatyków. Nawet po śmierci taty nie uwierzyła w to, że upadli istnieją naprawdę.
– Dziwne – mruknęłam pod nosem. – Twój tata zginął na służbie?
– Tak – zasmuciła się. – Chroniąc ludzi przed bestiami.
– Moja mama też zginęła przez martwego – podzieliłam się swoim sekretem. To sprawiło, że Mia lekko uśmiechnęła się, bowiem miałyśmy tą samą tragedię rodzinną.
– Tam coś się rusza! – krzyknęła podekscytowana i wskazała w las palcem. – Chodźmy to sprawdzić!
– Mia, poczekaj!
Wrzasnęłam za dziewczynką, lecz ona biegła już w stronę lasu. Wzięłam nogi za pas i również popędziłam w tamtym kierunku. Niemożliwe było to, by był to upadły, ponieważ był środek dnia i słońce od razu spaliłoby ich na wiór. Wolałam jednak aby młoda rekrutka nie oddalała się zbytnio od akademii. Takie samotne spacerowanie po lesie nie było mądre. Nie sądziłam, że czternastolatka będzie potrafiła tak szybko biegać! Nie mogłam jej dogonić, a ona ścigała to coś, co przed nią uciekało. Serce stanęło mi w piersi, gdy ujrzałam jak przeciska się przez szczelinę w murze.
– Mia! – krzyknęłam. – Natychmiast wracaj do akademii! Tam są upadli!
– Muszę go złapać! – odkrzyknęła.
Zaczęłam się przeciskać przez szczelinę, lecz ciężko mi to szło. Starałam się nie tracić z oczu blondyneczki, ale już po chwili, zniknęła gdzieś miedzy drzewami. Gdy w końcu udało mi się przecisnąć, od razu pobiegłam przed siebie. Musiałam ją przecież sprowadzić z powrotem do szkoły, inaczej obie zginiemy z łap martwych. Układałam w głowie listę obelg, jakie ode mnie usłyszy za tak niemożliwie głupie zachowanie. Przecież wiedziała, że upadli mordują każdego, dlaczego więc zachowała się gorzej niż rozwydrzony bachor i uciekła z pilnie strzeżonego miejsca, do niebezpiecznego lasu?!
Znalazłam ją na skraju niewielkiej przepaści, w której płynęła rzeka. Skoro zwierzątko uciekło jej sprzed nosa, będę mogła ją spokojnie odprowadzić do domu, a później okrzyczeć za jej zachowanie.
– To był królik – odpowiedziała nieco zadyszana.
– Czy zdajesz sobie sprawę z tego co zrobiłaś? – warknęłam. ­Mia popatrzyła się na mnie nieco przestraszona. – Jesteśmy poza murami akademii!
– Przecież martwi nie chodzą za dnia – mruknęła.
– Ale zasady są jakie są, a zabraniają opuszczania terenu szkoły bez uprzedzenia u dyrektora – podeszłam do niej. ­– A za nieprzestrzeganie, grozi wydalenie…
Nagle cały grunt pod nami zaczął zjeżdżać w stronę rwącej rzeki. Zdążyłam się jeszcze chwycić gałęzi jednego z rosnących nieopodal drzew, a później wyciągnęłam rękę do Mii. Była bardzo przerażona, a w kącikach jej oczu, pojawiły się łzy.
– Złap się gałęzi i wskakuj do góry – poleciłam jej.
Zrobiła to co jej kazałam, choć widziałam, że trzęsie się przy tym jak galaretka. Powoli zbliżyła się do mnie, a następnie złapała gałęzi i szybko stawiała kroki do góry. Plany pokrzyżowało nam pęknięcie drewienka.  Nie wytrzymało takiego obciążenia, przez co mała blondynka wpadła na mnie. Krzyknęła głośno, lecz wbiła paznokcie w ziemię.
– Będę cię osłaniać, wspinaj się.
Skinęła nerwowo głową i złapała się jednego z wystających korzeni. Szybko wspinała się do góry, choć cały czas się ślizgała. Kiedy była już na bezpiecznym terenie, wyciągnęła do mnie rękę, choć nie mogłam jej dosięgnąć. Gdy grunt pod moimi nogami niebezpiecznie się osuwał, wiedziałam już, że mam przechlapane. Spróbowałam odbić się od ziemi i wskoczyć w bezpieczną strefę twardej gleby, lecz nic z tego nie wyszło i razem z grudami ziemi leciałam prosto do rwącego potoku. Mia krzyknęła ze strachu i pochyliła się na brzegu.
Próbowałam po drodze złapać się jakiegoś korzenia, lecz wszystkie łamały się, a prędkość mojego lotu jedynie wzrastała. Upadek do lodowatej wody był bardzo bolesny i na jakiś czas znalazłam się pod powierzchnią. Darłam paznokciami po bokach potoku, aż w końcu udało mi się odbić od kamieni i wynurzyłam się z wody biorąc głęboki wdech. Prąd był silniejszy ode mnie, a podłoże śliskie, co działało na moją niekorzyść. Płynęłam w dół z nurtem rzeki stale próbując się czegoś złapać. Od zimnej wody cała zdrętwiałam i zgrzytałam zębami. Nie sądziłam, że pod koniec sierpnia woda będzie tak lodowata.
Zaparłam się mocno dna i złapałam się jednego z wystających korzeni. Parcie wody było okropne, gdyż zbliżałam się do wodospadu. Co prawda nie był tak wysoki, jak ten pierwszy, lecz i tak nie chciałabym spaść z takiej wysokości i uderzyć o wodę z ogromną prędkością. Ten korzonek był moim jedynym ratunkiem i planowałam to najlepiej wykorzystać. Wbiłam mocno paznokcie w ziemię i podciągnęłam się trochę. Złapałam jeszcze mocniej korzeń i przerzuciłam cały ciężar ciała na niego. To był błąd, który przekreślił moje szanse na ratunek. Ziemia razem z kawałkiem drzewa urwała się z brzegu i razem ze mną popłynęła w kierunku wodospadu. Krzyknęłam głośno starając się ratować. Bezwładnie biłam rękami w wodę i zapierałam się nogami. I tak byłam coraz bliżej końca rzeki. Gdy spadałam, zdążyłam jedynie nabrać dużo powietrza w płuca, aby już po chwili mocno uderzyć o taflę wody i zanurzyć się w niej. Ciśnienie pod powierzchnią było ogromne, głowa strasznie mi pulsowała, a serce drastycznie szybko biło. Przebierałam rękami próbując wydostać się z ściskającej mnie pułapki. Woda przez długi czas nie chciała pozwolić mi na wynurzenie się, lecz w końcu zdołałam wynurzyć się spod powierzchni.
Kiedy dotarłam na brzeg, rzuciłam się na ziemię i odetchnęłam głęboko. Byłam wyczerpana i najchętniej zasnęłabym, gdyby nie to przenikliwe zimno. Przez tą wycieczkę wodospadem, byłam wyziębiona i do tego wyczerpana. Rozejrzałam się wokół z narastającym przerażeniem i stwierdziłam, że muszę okrążyć całe wzgórze, gdyż wspinaczka, byłaby objawem lekkomyślności z mojej strony. Nie wiedziałam gdzie dokładnie się znajduję, lecz musiałam kierować się w górę rzeki, co jak na złość, zostało utrudnione. Ruszyłam przed siebie wytężając wszystkie moje zmysły. Złamałam kij na pół, tak by uzyskać jeden zaostrzony koniec, który miał być moją bronią. Wyruszyłam w podróż w duchu modląc się o to, bym nie zgubiła się w lesie i w miarę szybko dotarła z powrotem do akademii. Tak naprawdę nie miałam pojęcia jak daleko rzeka mnie wyniosła, lecz miałam tą cichą nadzieję, że aż tak źle nie jest.
   Witajcie! Gdyby ktoś wczoraj zapytał mnie, czy dodam następnego dnia rozdział, zaśmiałabym mu się prosto w twarz, ale... cuda się zdarzają xD Spędziłam dużo czasu dopisując i dopisując, aż w końcu stwierdziłam, że w sumie mogę go już opublikować, zatem o to jest :)) Nie wiem, czy przypadnie Wam do gustu perspektywa Allyson, ale trzymam za nią kciuki. Przyznam się, że początkowa wersja nie była tak zadowalająca, a w niej pełno było lekko... naciągniętych tekstów. Teraz mam nadzieję, że wszystko wygląda ładniej i spójnie. :D Macie jakieś refleksje związane z rozdziałem? Już w następnej części będzie fajna akcja ^^ gwarantuję to!
  Pozdrawiam i kocham Was :*

PS: Jeśli miałby ktoś do polecenia jakąś fajną ,,szabloniarnię" to będę wdzięczna. Od jakiegoś czasu przymierzam się do zmiany wyglądu, ale niestety mało kto sprosta moim wymaganiom XD (R.I.P ;-;). Będę wdzięczna, za każdą pomoc :*

wtorek, 28 marca 2017

Halo, Halo!

  Witajcie Kochani! Pragnę przeprosić Was za tą nieobecność, choć tak naprawdę nie mam czym się usprawiedliwić. Szczerze mówiąc, to nie dodawałam nic nowego dlatego, że nic nie napisałam. Dosłownie od paru miesięcy mam taki lekki zastój i nie wiem czym on jest konkretnie spowodowany. Po jakimś czasie zaczęłam już myśleć, że i tak pewnie nikt nie zagląda, więc lada moment po prostu usunę bloga, bo nie ma większego sensu trzymanie go w stanie ,,uśpienia". Jednakże!! Dostałam od Was parę komentarzy, które dały mi do myślenia i cholernie, że tak powiem, Wam za nie dziękuje. Miałam takie ,,Kurde! Czemu nie piszę? Czemu nie czytam?!" Mój brak obecności naprawdę wynika z mojego wszech znanego lenistwa i przyznaję się do tego. Nie chcę wciskam Wam ściemy, że ojjj nie mam weny.... oj nie mam czasu, bo się uczę... bo coś tam. Prawda jest, jaka jest! Kiedy się uczę, to się uczę, ale większość mojego wolnego czasu zajmuje przeglądanie idiotycznych stron internetowych! I naprawdę dzięki Waszym komentarzom coś we mnie drgnęło. Dzisiaj otworzyłam swoją powieść, przeczytałam i stwierdziłam, że do cholery to jest coś, co kreuję od dawna i ku*wa czemu się poddałam? Czemu się tak rozleniwiłam?!
  Dlatego pragnę Wam podziękować z całego serducha! Bo gdyby nie Wy, dalej miałabym w poważaniu pisanie. Przyznam się jeszcze do tego, że czuję się z tym niesamowicie źle, bo o ile przeglądanie głupich stronek nie rozwija człowieka, to pisanie i czytanie już owszem.
  Przepraszam, przepraszam i jeszcze raz przepraszam. Postaram się poprawić! :)) Mam nadzieję, że mi to wybaczycie choć w minimalnym stopniu. Co prawda nie obiecuję, że rozdział 3 pojawi się gdzieś na dniach, aczkolwiek postaram się coś wkrótce tu wrzucić! :)
  Pozdrawiam i kocham Was :*